Moja historia cz. VI Aż poleje się krew… Lawendowego koszmaru ciąg dalszy.

Mijały kolejne dni w Lawendowej Dolinie, a ja nie wiedziałam, ile jeszcze dam radę wytrzymać w tym piekle. Każda kolejna sekunda wlokła się niemiłosiernie. Codziennie płakałam z bólu, bezsilności i strachu. Wciąż starałam się o rozmowę z Luksusowym Januszem, który obiecywał gruszki na wierzbie, a tak naprawdę zafundował mi dwutygodniowy pobyt all inclusive w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Dopytywałam o niego kilkakrotnie, prosiłam o kilkuminutowe spotkanie. No i się doprosiłam… gdy „na dywanik” wezwała mnie pani ordynator… Dla ułatwienia nazwijmy ją Sadystyczną Zdzichą. Ta „rozmowa” do dziś powoduje, że w oczach mimowolnie stają mi łzy, a na ciele mam nieprzyjemne ciarki, choć minęło już tyle czasu…

IMG_8691

Gdy pukałam do drzwi gabinetu, serce podchodziło mi do gardła i miałam dreszcze, jakbym szła na własną egzekucję. Za biurkiem czekała już pani ordynator, którą widziałam wówczas pierwszy raz w życiu, oraz Krzywa Wiesia ze swoim zwykłym mściwym wyrazem twarzy. Nie zdążyłam wypowiedzieć ani jednego słowa. Ja byłam niegrzeczną uczennicą, która zrobiła coś bardzo brzydkiego i zasługuje na naganę, a ona dyrektorką, która za chwilę ukarze mnie za mój niecny występek. Jej twarz była wykrzywiona nienawiścią, a głos nabrzmiały od pogardy. „KONIEC TEJ ZABAWY!”. Zabawy? O jakiej zabawie mówimy? Jeszcze tydzień temu byłam pewna, że wkrótce umrę z głodu, rzeczywiście PYSZNA zabawa, boki zrywać!. „ALBO ZACZNIE PANI STOSOWAĆ SIĘ DO ZALECEŃ PERSONELU ALBO SIĘ POŻEGNAMY!”. Zamarłam, zupełnie nie rozumiałam, co znowu zrobiłam źle? Czego one ode mnie chcą? „PANI MA WIELOLETNI POWAŻNY PROBLEM, DO KTÓREGO SAMA SIĘ DOPROWADZIŁA, TRZEBA BYŁO SIĘ NIE GŁODZIĆ TO BY TU PANI TERAZ NIE BYŁA. ALBO SIĘ PANI PODPORZĄDKUJE ALBO DO WIDZENIA!”. Cała zdrętwiałam, głos uwiązł mi w gardle, oczy zaszły łzami. Jakie to proste – to wszystko moja wina, MOJA SAKRAMENCKA wina. Nie potrafię opisać jak bardzo mnie to zabolało. Czy gdybym trafiła do szpitala z zapaleniem płuc, zawałem albo białaczką, to też byłaby moja wina? Czy to normalne, że człowiek, który dostaje diagnozę ciężkiej choroby, słyszy że to jego wina i że sobie na to zasłużył? Czy ja sobie ZASŁUŻYŁAM na to co mnie spotkało? „MYŚLI PANI, ŻE NAS TO WZRUSZY JAK PANI Z SIEBIE ROBI TAKĄ CHORĄ I BIEDNĄ?”. No więc nie, nie spodziewałam się, że te dwie kobiety wzrusza cokolwiek, i nie zdziwiłabym się, gdyby z większą obojętnością patrzyły na cierpienie i agonię swoich pacjentów niż na nagłą śmierć Ryśka z Klanu, albo jakiejkolwiek innej fikcyjnej postaci. Miały przed sobą żywą osobę z krwi i kości w stanie bliskim śmierci, i żadnej z nich nie zadrgała powieka gdy mieszały mnie z błotem, choć widać było po mnie, że ledwo mogę chodzić, a z mojej twarzy nie znika grymas bólu, który codziennie rozrywał każdy kawałek mojego ciała. Próbowałam cokolwiek powiedzieć, bronić się, ale Sadystyczna Zdzicha kazała mi milczeć. „NAJPIERW WYMUSZA PANI LEKI, ROZMAWIA Z LEKARZAMI Z INNYCH ODDZIAŁÓW, A POTEM KŁAMIE I UDAJE BÓLE. PÓŹNIEJ JĘCZY, ŻE ŻADNE LEKI NIE POMAGAJĄ. A WIE PANI DLACZEGO? PANIĄ NIC NIE BOLI! PANI CHCE ZWRÓCIĆ NA SIEBIE UWAGĘ! DOBRZE ZNAM TAKIE MANIPULATORKI!”. Nie spodziewałam się, że ktokolwiek w tym szpitalu będzie mi współczuł, czy jakkolwiek próbował pomóc, ale nie myślałam też, że będę tam traktowana po prostu jak najgorszy wróg, jak obcy, którego trzeba się jak najszybciej pozbyć. Sadystyczna Zdzicha nawet wcześniej nie widziała mnie na oczy, ani razu ze mną nie rozmawiała. Nie podejrzewam, by w ogóle zadała sobie trud zajrzenia do mojej dokumentacji medycznej. Byłam tak zestresowana całą tą sytuacją, że nie mogłam złapać powietrza. W głowie wciąż dźwięczały mi te wszystkie groźby i oszczerstwa. Udało mi się jedynie wyszeptać, że to jakieś nieporozumienie. Przecież do stanu, w którym jestem, doszło w zaledwie kilka tygodni, że wcześniej byłam zdrowa, że są ludzie, którzy mogą potwierdzić, że nigdy się nie głodziłam… No i przecież jem. Na siłę, ale jem, będziecie teraz udawać, że o tym nie wiecie, że tego nie widzicie? Byłam w takim szoku, że dziś nawet nie pamiętam, co jeszcze wtedy mówiłam. Nie potrafiłam pojąć, dlaczego po prostu mnie nie zbadają, jedna gastroskopia i będą mogły zobaczyć wszystko, co zjadłam przez ostatni tydzień. Czy to nie jest dowód? Czy dziesiątki wyników badań, które do tej pory zrobiłam się nie liczą? Jedyne czego pragnęłam najbardziej na świecie, to móc znowu normalnie żyć, jeść, odzyskać stracone kilogramy i dobre samopoczucie, założyć dawne ciuchy, które wtedy ze mnie spadały i znowu mieć normalne ciało, a nie przeraźliwe kości powleczone skórą… Nigdy nie patrzyłam na siebie z większą pogardą jak właśnie wtedy, nienawidziłam swojego ciała i tego, co zrobiła ze mną choroba, nienawidziłam chudnąć. Codziennie traciłam włosy, wszystko mnie bolało, płakałam na widok tych wystających kości i zapadającej się twarzy. Choroba sprawiła, że ta dawna, uśmiechnięta Ania umarła… A ta dziewczyna w lustrze to nie byłam ja… Czułam odrazę, gdy patrzyłam na swoje odbicie, chociaż wiedziałam, że to jak wyglądam to nie moja wina i że nic nie mogę zrobić. Po prostu chciałam odzyskać swoją dawną siebie. Przestałam już nawet liczyć dni od swojego ostatniego normalnego posiłku, jednak nadal chciało mi się wyć na myśl o moich ulubionych potrawach, niezapomnianym smaku ulubionej pizzy, zapachu ukochanej szarlotki. Uwielbiałam jedzenie, to było więcej niż tylko fizyczna potrzeba. To była moja największa przyjemność, pasja, codzienna radość… Mogłabym zabić za możliwość zjedzenia czegokolwiek, choćby ulubionego batonika, a jednak od Sadystycznej Zdzisławy dowiedziałam się, że mam WIELOLETNI JADŁOWSTRĘT. Zdzicha nadal strzelała we mnie z kałasznikowa serią oszczerstw i gróźb. „JA NIE WIDZIAŁAM ŻEBY PANI COKOLWIEK JADŁA”. Może dlatego Zdzisiu, że w ogóle nigdy wcześniej mnie nie widziałaś? Byłam dla ciebie tylko meblem w tej cholernej Lawendowej Dolinie… “KŁAMIE PANI PRZED NAMI WSZYSTKIMI I PRZED SOBĄ I ROBI Z NAS IDIOTÓW!”. Ależ bynajmniej, nie będę się trudzić na darmo, jako że obie panie już dawno pokazały, jakimi są idiotkami, tylko kłamią przed nami wszystkimi i przed samymi sobą, że jest inaczej. „PANI MA JADŁOWSTRĘT I SIĘ DO TEGO NIE PRZYZNAJE. MAM PANI POKAZAĆ KOGOŚ, KTO KOCHA JEŚĆ? TO BĘDZIE KAŻDY POZA PANIĄ!” Po prostu mnie zatkało. Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Tak strasznie żałuję, że nie nagrałam wówczas tej rozmowy… Nie spodziewałam się miłej pogawędki, ale ostatecznie kto by przewidział, że Zdzicha będzie mnie wręcz zastraszać, chęcią usunięcia mnie ze szpitala? Przez te ciągłe reprymendy i oskarżenia autentycznie poczułam się, jakbym była w zakładzie poprawczym. Kolejny zarzut jaki padł pod moim adresem to nastawianie pacjentów z sąsiednich sal przeciwko lekarzom i oddziałowi… “PACJENCI, Z KTÓRYMI PANI SIĘ KONTAKTUJE, STAJĄ SIĘ ROSZCZENIOWI I ZAKŁÓCAJĄ PRACĘ PERSONELU, BUNTUJE PANI PACJENTÓW PRZECIWKO NAM I WPROWADZA ZAMĘT NA ODDZIALE. ALBO ZACZNIE PANI ZACHOWYWAĆ SIĘ NORMALNIE, ALBO W TEJ SEKUNDZIE PODPISUJĘ PANI WYPIS I ŻEGNAMY SIĘ TU I TERAZ.” Czyli koniec żywienia, ciekawe czy obstawiały, ile jeszcze bym pożyła bez worków żywieniowych? Tydzień, 10 dni? Na tym jednak nie koniec. „ZAKŁÓCA PANI PRACĘ PIELĘGNIAREK, CO PANI SOBIE WYOBRAŻA, CO TO ZA UPOMINANIE I OPRYSKLIWOŚĆ WOBEC PERSONELU, JAKIM PRAWEM DOMAGA SIĘ PANI KONTAKTU Z NIEPOWOŁANYMI OSOBAMI?!”. Pomyślałam sobie, że to cholernie dużo jak na jedną, tak chorą i słabą dziewczynę, która trafiła do szpitala w stanie krytycznym i nie mogła o własnych siłach pójść do toalety… Przyszło mi też do głowy, że osoby oskarżone o najcięższe przestępstwa np. w sądzie traktowane są lepiej, bardziej humanitarnie i w ogóle… jak ludzie. Tu nagle okazuje się, że prośba o podanie leków przeciwbólowych albo rozmowa z lekarzem z innego oddziału to chyba zbrodnia większego kalibru niż morderstwo lub gwałt. Nawet w cholernym areszcie ludzie mają prawo rozmawiać ze sobą nawzajem i z personelem. Ja natomiast zostałam sponiewierana za to, że w trakcie pobytu rozmawiałam z innymi pacjentami, którzy jak się okazało mieli podobne zdanie odnośnie „opieki” tamtejszego szpitala i sami nawet przychodzili do mnie się wyżalić i pogadać. Większość z tych osób również trafiła do szpitala na przełaj przez prestiżowy gabinet Luksusowego Janusza, wydając ostatnie pieniądze na prywatną wizytę. Byli to ludzie ciężko chorzy, którzy tak jak ja zostali nakarmieni złudną nadzieją, że wszystko będzie dobrze, należy tylko przyjechać na leczenie, do którego nota bene nigdy nie dochodziło. Jeśli chodzi o pielęgniarki i mój „opryskliwy” stosunek do nich, było dokładnie na odwrót. Panie od pierwszego ujrzenia mnie były dla mnie niemiłe i każdy, kto kiedykolwiek był w szpitalu z jakiegokolwiek powodu, na pewno wie, o czym mówię. Panie pielęgniarki zachowywały się, jakby były tam za karę, albo ktoś zmuszał je do pracy w szpitalu, i jakby to pacjenci byli winni ich niezadowolenia, a przecież na kimś trzeba się wyżyć. Rozumiem, że każdy czasem czuję się sfrustrowany swoją sytuacją i wyobrażam to sobie tak, że lekarze, którzy mają narcystyczną naturę i pozjadali wszystkie rozumy, pomiatają swoimi podwładnymi, a podwładne mogą jedynie wyładować tę swoją frustrację i mścić się za to na Bogu ducha winnych pacjentach. Pomijam oczywiście to, jak bardzo niedelikatnie obchodziły się ze mną te panie. Zaciskałam zęby i nie pisnęłam nawet słowem. Tylko jeden raz poprosiłam o to, by pani pielęgniarka nie wtłaczała mi bardzo dużego bąbla z powietrzem do żyły przy podłączaniu kroplówki, ponieważ grozi to zatorem. Odpowiedziała mi zgryźliwie, że „jak ktoś chce się przyczepić to do wszystkiego może…”. To by było na tyle, jeśli chodzi o moją “roszczeniowość” i “opryskliwość”. Gdy próbowałam to wytłumaczyć Sadystycznej Zdzisławie, jeszcze bardziej się nakręcała i wpadała w jeszcze większy gniew. Przecież nie wezwała mnie do siebie po to, żeby ze mną rozmawiać, tylko żeby wylać na mnie swoją złość. Na nic były moje tłumaczenia, że mam prawo do wiedzy o moim stanie, do rozmów z pracownikami, lekarzami i pacjentami oddziału. Dostałam ultimatum – albo dostosuje się do absurdalnych zasad panujących na oddziale Zdzisławy, albo WON. Cały spektakl podziwiała z boku Krzywa Wiesia, która wcześniej mocna w gębie tym razem nie wydusiła z siebie ani słowa. Wiesia pokornie słuchała, kiedy przemawiał jej guru i podejrzewam, że jej obecność miała mnie wyłącznie jeszcze bardziej onieśmielić i sprawić, żebym poczuła się jeszcze bardziej zaszczuta. Być może Zdzisława również chciała wyszkolić Wieśkę w technikach poniżania i zastraszania pacjentów, kiedy sama awansuje i przekaże swoją schedę podwładnej. Obie panie w mojej ocenie zrobiłyby zawrotną karierę jako strażniczki w “jakimś” obozie… W liście motywacyjnym na to stanowisko mogłyby sobie wpisać kompletny brak empatii, całkowite wyzucie z uczuć i umiejętność ekspresowego wdeptania człowieka w ziemię. Dodam jeszcze, że Sadystyczna Zdzicha dzisiaj suszy zęby na kanapie Dzień Dobry TVN jako ekspert od pomagania potrzebującym… Prowadzących program zapewniała, że pacjent jest na pierwszym miejscu i śmiała się perliście ze swoich niewinnych żarcików. Poziom hipokryzji i zakłamania tej kobiety przebił wtedy sufit i było mi niedobrze, jak patrzyłam na jej przymilne minki i wchodzenie w tyłek prowadzącym. Obok definicji słowa „dwulicowość” w słowniku PWN powinno być jej zdjęcie, najlepiej z tym obrzydliwym uśmieszkiem a’la jestem nowym wcieleniem Matki Teresy z Kalkuty. Wróćmy jednak do gabinetu Zdzichy: ostatecznie dostałam 15 minut na zastanowienie się, czy zostaję i jestem potulna jak baranek, nie odzywam się ani słowem i daje sobie zrobić wszystko, co tylko oni uznają za stosowne, czy wychodzę z niczym i wracam do umierania z głodu w domu. Jedno moje słowo i koniec tej całej farsy, kolejnych absurdów, obelg, ale jednocześnie, koniec żywienia pozajelitowego, które ratuje mi życie i zaczyna podnosić moją wagę i siły witalne. Sadystyczna Zdzicha doskonale wiedziała, że ma mnie i moje życie w garści. Nie wiedziała o mnie nic, nie badała mnie, nie czytała wyników badań, a całą swoją wiedzę o mnie opierała na pomówieniach, po prostu było jej wygodnie wmawiać mi, że to wszystko moja wina. W przeciwnym razie musiałaby zakasać rękawy, wziąć się do pracy i udowodnić, że jest dobrym lekarzem i zna się na rzeczy. Ale łatwiej było zrobić ze mnie anorektyczkę… Wyszłam z gabinetu, nie wiedząc, co się właśnie stało, ani gdzie jestem i jak się nazywam. Zakręciło mi się w głowie i zrobiło słabo, oparłam się o ścianę. Nie potrafiłam zebrać myśli… Byłam na siebie zła, że pozwoliłam na tę całą tyradę i oczernianie mnie w oczach całego szpitala.  Poczułam się jak zawieszona w bezsensownej próżni…

próżnia blog 2

Oni NIE MAJĄ PRAWA traktować w ten sposób pacjentów! Nie można przymykać na to oczu! Pomyślałam. Ale za chwilę wrócił mi zdrowy rozsądek i instynkt samozachowawczy. Pomyślałam sobie: OK, jestem na przegranej pozycji, nie ma sensu walczyć, ci ludzie są do mnie uprzedzeni i nie docierają do nich żadne argumenty. Nie ma nawet cienia szansy na to, że wreszcie otworzą oczy i zrozumieją swój błąd. Niech broni się sam mój stan. Postanowiłam więc, że przez resztę pobytu nie będę już dociekać, dlaczego nie obchodzą ich moje wyniki badań ani sprzeciwiać się, że kiedy będą chcieli “uczyć mnie jeść” i przywracać do życia jako wyniszczoną wieloletnimi głodówkami anorektyczkę. Obiecałam sobie, że nie będę więcej z nimi dyskutować i zgodzę się na wszystko, nawet kosztem ciągłych upokorzeń i niesprawiedliwych ocen, zyskując dzięki temu życie w postaci żywienia dożylnego. Stwierdziłam, że poczekam i zobaczę, czy to cokolwiek zmieni w ich postępowaniu. To była jedyna najrozsądniejsza decyzja, jaką mogłam w tamtym momencie podjąć, choć wciąż buzowała we mnie złość i miałam poczucie, że postępuję wbrew sobie i swoim zasadom. Nie miałam jednak innego wyjścia. Odważyłam się po raz kolejny grzecznie poprosić o wykonanie gastroskopii. Wciąż przecież jadłam zalecone posiłki i przyjmowałam leki, ale w ogóle ich nie trawiłam i bardzo chciałam, żeby lekarze wreszcie sami zobaczyli masakrę w moim żołądku. Odpowiedź była jak zwykle „rzeczowa”: „to, że boli na górze to wcale nie znaczy, że żołądek – brak jest zasadności wykonania gastroskopii”. Chyba jednak nadal byli przekonani, że “symuluję” i “próbuję wyłudzić podanie leków”… Bóle codziennie rozrywały mnie od środka, czułam jakby mój żołądek miał za chwilę pęknąć… W pewnym momencie ból nasilił się do tego stopnia, że nagle oblała mnie fala gorąca i straciłam przytomność. Obudziłam się na podłodze szpitalnej łazienki, nie wiedząc gdzie jestem i co się właściwie stało. Przed oczami majaczyły mi jakieś niewyraźne kształty, w uszach głucho dudniło… Nad sobą widziałam zatroskane twarze pacjentek z sali obok, które musiały usłyszeć mój upadek, oraz wiecznie naburmuszoną facjatę Krzywej Wiesi. Mniej więcej po godzinie zostałam przewieziona na tomograf głowy, a następnie na prześwietlenie brzucha. Odwiedziła mnie również pani neurolog, która zbadała odruchy i wyszła bez słowa. Przyzwyczaiłam się już do tego chłodnego traktowania i niczym nieuzasadnionej niechęci, a dodatkowo mając w pamięci ostatni popis erudycji Sadystycznej Zdzisławy, nawet nie próbowałam o cokolwiek pytać. Tomografia głowy po upadku niczego nie wykazała, jednak wyniki badania rentgenowskiego brzucha wprawiły lekarzy w niemałą konsternację. Otóż na zdjęciu widać było nadal pozostający w moich jelitach baryt, który piłam prawie miesiąc temu przy badaniu wykonywanym w poprzednim szpitalu. To był dzień pierwszy akcji, którą Krzywa Wiesia nazwała „WYŁUPYWANIEM BARYTU”. Brawo! Wracamy do ery kamienia łupanego – pomyślałam. Nie spodziewałam się jednak, że Wiesia potraktuje to wyzwanie tak dosłownie… Zabiegi służące ów “wyłupaniu” barytu z moich jelit były niezwykle nieskuteczne i nieudolne, całkowicie nieprofesjonalne i urągające godności pacjenta. Lekarze nie potrafili nawet wykonać prawidłowo zabiegu oczyszczenia jelita grubego… Ja osobiście, po tylu przeżyciach, nie mam problemu z pisaniem o takich rzeczach jak lewatywa czy stosowanie środków przeczyszczających, ale w tym przypadku oszczędzę Ci Drogi Czytelniku szczegółowych informacji o tym, jak wyglądały „zabiegi”, którym mnie poddano. Było to dla mnie wyjątkowo upokarzające, do tej pory wspominam to z ogromnym trudem, a i Ty na pewno wolał(a)byś tego nie czytać. Powiem tylko tyle, że w całej tej procedurze brakowało zachowania choćby minimum humanitaryzmu i jakiegokolwiek poszanowania ludzkiej godności. W żadnym innym szpitalu nie zostałam potraktowana w ten sposób, po prostu moje ciało zostało wykorzystane jak mięso do eksperymentów i próby udowodnienia swoich racji. Codziennie rozgrywały się dantejskie sceny, lała się krew i nie tylko… Podejrzewam, że w polowym punkcie medycznym na linii frontu wykonano by te zabiegi bardziej profesjonalnie i skutecznie. Kiedy manualne metody “wyłupywania” barytu nie przynosiły efektu, w celu przeczyszczenia jelit kazano mi pić PARAFINĘ, bo szpital nie posiadał nawet takich środków przeczyszczających jak Fortrans czy Eziclen stosowanych przed kolonoskopią. No tak, w końcu jesteśmy w podrzędnym szpitalu na prowincji u schyłku lat 40., gdzie pacjenci piją parafinę, do znieczulenia używa się chloroformu, a schizofrenię leczy się lobotomią… A nie, zaraz… Do tej pory sama nie wierzę, że to wszystko miało miejsce i aż skóra mi cierpnie na samo wspomnienie tamtego koszmaru… Gdyby nie moja fizyczna słabość, bezsilność i strach przed odłączeniem mnie od żywienia pozajelitowego na pewno bym na to wszystko nie pozwoliła!

Mijały kolejne dni w bólu i dyskomforcie… Ze względu na bardzo złe samopoczucie praktycznie od samego przyjazdu do Lawendowej Doliny nie zmrużyłam oka. Nocami po prostu podziwiałam plamy światła na suficie, zwijając się i płacząc przy tym z bólu. Jeden raz udało mi się wybłagać pyralginę w kroplówce, która jako jedyna była w stanie pozwolić mi normalnie zasnąć na kilka godzin. Krzywa Wiesia w przypływie dobrej woli, który zapewne przytrafił się jej przypadkowo i po raz pierwszy w życiu, obiecała, że będę regularnie dostawać pyralginę na noc. Mimo to pielęgniarki upierały się, że nie mają jej wpisanej w zalecenia, wiec nie dostawałam nic. Może to była właśnie ta dobra wola Wiesi – obiecała mi coś, żebym się od niej odczepiła, ale “zapomniała” o tym powiedzieć pielęgniarkom. W sumie co to ją obchodziło, że mnie boli… Rysiek z Klanu to dopiero cierpiał, jak miał wylew, a co ja tam mogę wiedzieć o prawdziwym bólu… Wiesia nie ustawała w swoich coraz bardziej brutalnych próbach oczyszczenia moich jelit, jako że kolejne prześwietlenia jamy brzusznej pokazywały, że nadal tkwi w nich nieszczęsny baryt. Codziennie przychodził do mnie również rehabilitant, który uczył chodzić i poruszać się „zagłodzonej anorektyczce”. Któregoś pięknego dnia podczas mojej jedynej rozrywki – spaceru po korytarzu, moim oczom ukazała się postać Luksusowego Janusza. Nie mogłam stracić takiej okazji, podeszłam więc i zapytałam w możliwe najgrzeczniejszym, najbardziej uprzejmym tonie: „Przepraszam panie profesorze, czy mogłabym chwilę z panem poroz….”. Nie zdążyłam powiedzieć nic więcej, bo facet w jednej sekundzie dostał białej gorączki. „NIE, NIE MOGŁABY PANI!”. Odskoczyłam w panice, kiedy Janusz zaczął ze złości wymachiwać rękami. Dosłownie dostał piany, zupełnie stracił panowanie nad sobą. “NIE MAMY O CZYM ROZMAWIAĆ, MA PANI PEŁNĄ OPIEKĘ I LEKARZY NA NAJWYŻSZYM POZIOMIE, CZEGO JESZCZE PANI CHCE? NIECH PANI PRZESTANIE WYDZIWIAĆ I SIAĆ FERMENT NA ODDZIALE!”. Oczy wyszły mu z orbit i krzyczał tak głośno, że słychać go było na całym oddziale. Był wręcz agresywny i nie wiem czy skończyłoby się tylko na inwektywach, gdyby ta rozmowa odbywała się bez świadków. Nie pozwolił mi wypowiedzieć choćby jednego słowa. Wykrzyczał mi w twarz, żebym dała im spokój, po czym odwrócił się na pięcie i zniknął w swoim gabinecie. Stałam tam jak wryta, wszyscy naokoło patrzyli na mnie i coś do siebie szeptali. Następnego dnia dostarczono mi wezwanie na rozmowę, tym razem do ekskluzywnego gabinetu Luksusowego Janusza… Od razu zaczęłam snuć kasandryczne wizje, że skoro facet chce rozmawiać bez świadków, to pewnie planuje mnie po cichu “sprzątnąć”. Do gabinetu szłam jak na ścięcie. W gabinecie panował bizantyjski przepych, było mnóstwo ozdobnych i drogo wyglądających eksponatów i antyków, drewniane rzeźby, figurki i obrazy przypominające muzealne dzieła sztuki, skórzane fotele i staromodna kozetka, która należała pewnie kiedyś do Ludwika XVI. Po chwili do gabinetu wkroczył człowiek, którego twarz wydała mi się dziwnie znajoma, choć byłam pewna, że nigdy wcześniej go nie spotkałam. Tajemniczy Nieznajomy przedstawił się jako psychiatra, który jest tu na specjalną prośbę Luksusowego Janusza, z którym jak się później okazało, przyjaźnił się od lat. Skoro jest współpracownikiem Luksusowego Janka, to musi to być co najmniej drugi Zygmunt Freud, przecież Janek otacza się jedynie specjalistami z najwyższej półki. Zygmunt chciał się dowiedzieć, jak się tu znalazłam i jak wcześniej wyglądało moje życie. Od razu pomyślałam, że on na pewno jest już do mnie uprzedzony i że Luksusowy wyraźnie mu powiedział, jaka ma być diagnoza, ale postanowiłam po raz kolejny opowiedzieć wszystko, całą prawdę od początku do końca. Sam fakt, że Ziggi w ogóle mnie o coś PYTAŁ, a nie wmawiał na dzień dobry, że jestem kopnięta, było nowością. Ziggi wydawał się być wyraźnie zakłopotany rozmową. Z jego reakcji wynikało, że spodziewał się usłyszeć coś zupełnie innego. Przecież miał rozmawiać z anorektyczką, która ma wieloletni problem, a tu takie zaskoczenie… Na początku formułował swoje twierdzenia i pytania w taki sposób, aby nakierować rozmowę na wygodne dla siebie tory, drążył i lawirował tak, żebym zaczęła w końcu mówić o swoim niezadowoleniu z dotychczasowego życia, co z kolei mogłoby dać mu pole do stwierdzenia u mnie nerwicy, depresji, błędnego poglądu własnego ciała, bądź innych zaburzeń… Wszystko na nic. Kiedy wyczerpały mu się pomysły, stwierdził pokornie, że nie widzi jednoznacznych podstaw świadczących o tym, że to psychika wpłynęła na mój stan. O proszę! Eureka! Cud nad Wisłą! Widziałam jednak, że w głowie Ziggiego palą się obwody – w końcu jego przyjaciel oczekiwał POTWIERDZENIA swojej tezy o tym, że trzeba mi wystawić żółte papiery. Luksusowy Janusz prędzej zacznie się ubierać w Castoramie niż przełknie tę gorzką pigułkę, tę potwarz, jak to? Przecież Janek NIGDY się nie myli. Dlatego też Ziggi pospiesznie zaczął się asekurować: „Ale wie pani, w takiej sytuacji niełatwo jest się odnaleźć, zawsze pojawia się frustracja, być może faktycznie jakiś splot niefortunnych okoliczności spowodował, że pani zachorowała, ale przecież do końca tego nie wiemy… No i przecież jest pani teraz rozgoryczona nagłą utratą zdrowia. Mam zatem dla pani bardzo racjonalną propozycję. Zapiszę pani leki, po których gwarantuję, że poczuje się pani lepiej i będzie pani mogła spać”. Miałam ochotę parsknąć śmiechem. Odmówiłam przyjęcia tej “wspaniałej oferty”, jako że przez psychotropy już przechodziłam i to była kolejna pomyłka. Poza tym, biorąc pod uwagę mój sparaliżowany żołądek, te psychotropy mogłabym ewentualnie wsadzić sobie w tyłek, gdyby tylko udało mi się znaleźć choć minutę, gdy nie ma w nim Krzywej Wiesi z jej nieodłącznym kilofem do barytu. Ziggi strzelił focha, najwidoczniej wciąż tkwi w przekonaniu, że jest absolutną wyrocznią i jak ktokolwiek śmie podważać jego autorytet? Po powrocie z Januszowego Wersalu zapytałam Wujka Google o Ziggiego. Okazało się, że udziela się on często w mediach i stanowi wsparcie merytoryczne z dziedziny psychiatrii w wielu produkcjach filmowych. Sam grywał epizody w różnych serialach. Szkoda, że nie było go przy śmierci Ryśka Lubicza. Może on też miał anoreksję? Może gdyby Ziggi tam był, Rysiek dzisiaj by żył… W międzyczasie przypomniałam sobie, że miałam dostać wspomniany na samym początku pobytu odżywczy preparat doustny, który miał zastąpić mi posiłki i przyzwyczajać od nowa do jedzenia. Wtedy wydawało mi się to śmieszne, ale to było zanim na stół wjechały aromatyczne potrawy ze szpitalnej kuchni: zupa z trupa i suchy chleb dla konia. Uznałam, że ten preparat to lepsza alternatywa dla tej nieszczęsnej polewki, którą codziennie w siebie wciskam. Wiedziałam, że nic to nie zmieni, bo i tak tego nie strawię, ale miałam nadzieję, że wspomniany preparat nie będzie aż tak bardzo podrażniać mojego żołądka jak to szpitalne jedzenie. Gdy tylko moje zainteresowanie preparatem żywieniowym wzrosło, automatycznie Wiesława oznajmiła, że “rezygnujemy z tego” i moje „LECZENIE idzie teraz w inną stronę”… Leczenie, mówisz? OK… I rzeczywiście, po kilku dniach Wiesia od niechcenia rzuciła słowo o jakimś nowym leku, który będzie chciała na mnie wypróbować… Bałam się pytać, co to za lek i kiedy go dostanę. Odpowiedź przyszła po kolejnej nieudolnej próbie oczyszczania mojego jelita grubego wlewką robioną w wyjątkowo dziwny i nieprofesjonalny sposób. Właśnie wtedy, bez żadnego ostrzeżenia, pielęgniarka wtłoczyła mi do wenflonu dużą strzykawkę z płynem. Najpierw pomyślałam, że chciała przepłukać wenflon, tylko po co? W każdym razie zrobiła swoje i pospiesznie zawinęła się z wózeczkiem pielęgniarskim zamykając za sobą drzwi. Po około 20 minutach zaczęło dziać się ze mną coś niesamowicie dziwnego. Znałam to uczucie już wcześniej, ale nigdy dotąd nie było ono aż tak intensywne. Wcześniej dwukrotnie czułam się właśnie tak po podaniu metoclopramidu – leku przeciwwymiotnego i rzekomo pobudzającego motorykę przewodu pokarmowego. Wcześniej jednak zawsze otrzymywałam go w małych dawkach i dlatego jego działanie uboczne nie było aż tak dotkliwe. Tym razem było zdecydowanie inaczej. Opis tego, co czułam spokojnie mógłby być materiałem na cały kolejny post, ale napiszę tylko krótko, że było to najgorsze uczucie w moim życiu. Metoclopramid wpływa na receptory dopaminowe i w szczególności u młodych osób może powodować objawy ze strony układu pozapiramidowego. Zacytuję więc fragment z ulotki tegoż leku: „Podczas pierwszych 24–48 h leczenia mogą wystąpić objawy pozapiramidowe w postaci zaburzeń napięcia mięśniowego, ruchów mimowolnych kończyn, zniekształcenia twarzy i kręczu szyi. U młodych kobiet bardzo często mogą wystąpić dyskinezy – nieskoordynowane i niezależne od woli ruchy kończyn lub całego ciała, wyginanie i prężenie, mimowolne ruchy warg, wysuwanie i chowanie języka. Lek bardzo często wyzwala silny niepokój, myśli samobójcze i skłonności do samookaleczenia się”… Tak się oczywiście “szczęśliwie” złożyło, iż wszystkie z wyżej wymienionych objawów miałam okazję odczuć na własnej skórze. Pielęgniarki i lekarze, mimo że znali działanie uboczne tego leku, nawet nie zajrzeli i nie zainteresowali się, co się ze mną dzieje po jego podaniu. Przez około 2 godziny rzucało mnie w spazmach na łóżku i naprawdę po raz pierwszy miałam ochotę odebrać sobie życie… Nie byłam jednak w stanie wykonać jakiegokolwiek sensownego ruchu, zupełnie nie panowałam nad swoim ciałem. Gdyby do sali zajrzała wtedy jakaś przypadkowa osoba, ujrzałaby scenę jak z horroru. Cała się trzęsłam, rzucało mną jak w trakcie egzorcyzmów, dyszałam, jakby ktoś mnie dusił. Czułam, jakby jakaś nieznana siła miotała mną po łóżku jak szmacianą lalką. Akurat wtedy przyszła do mnie koleżanka z sali obok. Przeraziła się, bo nie było ze mną żadnego kontaktu, wezwała więc pospiesznie pielęgniarkę, która do mojej sali wlokła się jak ślimak. Zapytała nonszalancko, o co znowu chodzi, a ponieważ nie byłam w stanie nic powiedzieć, uznała, że jest mi słabo, zmierzyła tętno i ciśnienie, otworzyła okno, żeby przewietrzyć salę i wyszła…

lawenda

Leżałam tam wyczerpana, modląc się w duchu, żeby to wszystko się skończyło. Kiedy doszłam do siebie, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego ci ludzie traktują mnie jak dopust boży. Zamiast normalnie porozmawiać, knują za moimi plecami, faszerują jakimś świństwem, nie ostrzegając nawet, jak bardzo może mi to zaszkodzić. Czułam się tam, jakbym była ubezwłasnowolniona, bez prawa do czegokolwiek. Nawet pacjenci z sal obok nie mogli patrzeć na to, co wyrabia ze mną cały ten „szwadron śmierci”. Wszyscy pensjonariusze Lawendowej Doliny doskonale rozumieli moją sytuację, ponieważ sami byli traktowani przedmiotowo i według tych samych chorych zasad.. Ponad połowę oddziału tworzyli ciężko chorzy, ekspresowo i bez kolejek tak jak ja przyjęci po kosztownej wizycie prywatnej u Janusza VIII Luksusowego. Już samo to śmierdziało na kilometr, tym niemniej moje życie wisiało na włosku, dlatego nawet się nad tym nie zastanawiałam. Rotacja na oddziale była bardzo częsta, gdyż Janusz przyjmował i odprawiał pacjentów taśmowo. Najdłużej w Dolinie przebywały osoby, którym tak jak mnie nie umiano postawić diagnozy. Byli to ludzie w większości bardzo chorzy z licznymi objawami i wynikami badań wskazującymi na choroby autoagresywne i inne ciężkie schorzenia, którzy odbijali się od szpitala do szpitala. Pacjenci cierpiący na nieszablonowe choroby, których nie da się znaleźć w encyklopedii, byli konsekwentnie zbywani lub oskarżani o symulowanie objawów. Nikt nie leżał tam dłużej niż dwa tygodnie, niezależnie od tego, czy wyjaśniono źródło choroby i udzielono mu jakiejkolwiek pomocy czy nie. Jeśli pacjent był trudny do dalszej diagnostyki, trzeba było się go pozbyć na rzecz innej placówki lub do domu, aby jak najszybciej zwolnić miejsce dla kolejnych pacjentów Luksusowego Janusza, Twórcy swojego własnego programu 500+. Wszystko odbywało się na zasadzie: Zapłać, a skrócisz sobie kolejkę do szpitala, czyli de facto była to prywatna klinika w państwowej placówce. Janusz znalazł swoją niszę i od dawna kręci lody, żerując na ciężko chorych pacjentach, którzy podobnie jak ja sama są przyparci do muru i zrobią wszystko, żeby ocalić życie… Jednak była też druga strona medalu, czyli osoby zamożne, dla których wydanie 500 zł na wizytę lekarską to drobnostka, a dzięki temu w ekspresowym tempie i w luksusowych warunkach otrzymają pełen pakiet badań szpitalnych, za które naturalnie zapłaci NFZ. Ci zazwyczaj nie przebywali na oddziale dłużej niż wymagane minimum, a więc 3 dni, po których NFZ zwraca pieniądze za pobyt pacjenta w szpitalu. I biznes się kręci… A ja, wykończona psychicznie i fizycznie nadal czekałam na decyzję Króla i Królowej Lawendowej Doliny odnośnie do moich dalszych losów. Szczerze, to marzyłam tylko o tym, żeby znaleźć się możliwie jak najdalej od tych ludzi i nigdy więcej nie oglądać ich na oczy. Po ponad dwóch tygodniach nieludzkich upokorzeń, poniżeń i absurdów miałam zostać przeniesiona do innego szpitala w Warszawie, na oddział stricte gastrologiczny. Nadal miałam w sobie baryt, którego Krzywiej Wieśce mimo ogromnego zapału nie udało się wyłupać. To chyba skłoniło Lawendowy Dream Team do „głębszych” przemyśleń, w wyniku których po dwóch tygodniach zdali sobie sprawę, że rzeczywiście coś jest nie tak i nie radzą sobie z anorektyczką, a także nie bardzo wiedzą co dalej. Co ciekawe w wypisie szpitalnym nie znalazła się ani jedna krótka wzmianka o podejrzeniu anoreksji… Czyżby nastąpiło nawrócenie? Czy może strach, że ktoś ważny mógłby to podważyć? To było słodko-gorzkie pożegnanie. Z jednej strony dziękowałam Bogu, że nie wywożą mnie z tego szpitala w plastikowym worku i że przy odrobinie szczęścia już nigdy więcej nie spotkam na swojej drodze tych ludzi, którzy traktowali mnie gorzej niż psa. Z drugiej zaś strony, po tych wszystkich doświadczeniach, które mnie tam spotkały, nie czułam już nic.. Tylko jedną, wielką, bezbrzeżną pustkę. Byłam wypruta z jakichkolwiek emocji… Nie liczyłam na nic… Wszystko było mi tak bardzo obojętne… Chciałam tylko mieć pewność, że w kolejnym szpitalu nie odmówią mi żywienia dożylnego i ten strach, że to może się stać naprawdę, mroził mi krew w żyłach. A tymczasem, zaczynał się kolejny etap mojej warszawskiej wędrówki którą poznacie już w kolejnej odsłonie mojej historii…

 

podpis_przezrklik_fundacja_small

35 myśli w temacie “Moja historia cz. VI Aż poleje się krew… Lawendowego koszmaru ciąg dalszy.”

    1. Hej Aniu. Wierz mi, że wiele razy o tym myślałam i to bardzo konkretnie. Niestety z tym środowiskiem wygrać jest niezmiernie trudno. Przykra prawda jest taka, że nawet w najbardziej oczywistych sytuacjach, gdzie wydawałoby się, że ich błąd jest rażący, sprawy toczą się latami lub są umarzane. To bardzo długi temat i mogłabym się tu rozpisać, ale mówiąc krótko zaczynając taki proces jednocześnie rozpoczyna się mozolną walkę z wiatrakami, na która w obecnym stanie zwyczajnie nie mam siły. Niewykluczone jednak, że może kiedyś spróbuję się tej trudnej walki podjąć, może nie tyle dla siebie, a dla dobra innych chorych, których nigdy nie powinno coś takiego spotkać.

      Polubienie

      1. Jeżeli tylko Ci się uda wrócić do zdrowia, i nie zaczniesz robić kolejnej zbiórki pieniędzy na adwokata by pomógł Ci wygrać tą sprawę, sam zacznę to robić.

        Polubienie

    2. Przecież ta pielęgniarka mogła Anię zabić tę szprycą !-nie pamiętam co to było ale pisałaś najgorsze męczarnie psycho-fizyczne przechodziłaś…
      nie no ja nie rozumie tego wszystkiego, jak oni tego nie wiedzieli że nie masz odruchów trawienia w ogóle ,,,-żadnych odruchów a wmuszali Ci jedzenie, okropne to wszystko.

      Polubienie

      1. -nie wiem , łzy się do oczu cisną…-po tym co Ci wpuściła w żyłę ta głupia nieludzka pielęgniarka-on mogła Cię tym zabić, to straszne, umieralnia nie szpital…

        Polubienie

  1. Nie ma słów, żeby to skomentować (a wiesz, że mi słów rzadko kiedy brakuje 😉 ) I mimo że cały czas jakieś bieżące informacje od Ciebie miałam, to teraz widzę, jak szczątkowe one były. Czytając wszystko od początku nie mogę uwierzyć, że mimo wszystko nadal zachowujesz pogodę ducha. Ale wiesz co? Ja cały czas jestem święcie przekonana, że to wszystko się jeszcze odwróci, że uda Ci się wygrać i że pójdziemy razem na pizzę 🙂 Po prostu nie widzę innej opcji. I wiesz, że cały czas trzymam kciuki, tym bardziej z każdym kolejnym pobytem w szpitalu, jak teraz widzę, z czym to się może wiązać… Także Ania, wracaj do sił! Oby jak najszybciej!

    Polubienie

    1. Asia słowa, inteligencja i uroda to rzeczy których nigdy Ci nie brakuje 🙂 Wiem, że pewnie wielu rzeczy się dopiero tu dowiedziałaś, ale wiedz również, że oprócz tych negatywnych części mojej historii, są też te pozytywne i jedną z nich jesteś Ty 🙂 To właśnie dzięki tak fajnym ludziom wokół życie nawet mimo trudności nabiera kolorów. Także dzięki, za bycie tą dobrą częścią 😀 Buziaki!

      Polubienie


      1. Ale z tym początkiem to Ci się pomyliło, bo to o sobie pisałaś 🙂 Tak czy Inaczej oby tych pozytywów było jak najwięcej 🙂 Zawsze do usług, a te dobre części działają w dwie strony, też o tym pamiętaj.
        Sorki za trochę prywaty 😉

        Polubione przez 1 osoba

    1. Masz absolutną rację Aniu… Jeśli chodzi o skargę to nie jest to niestety łatwy orzech do zgryzienia. Jak już wspomniałam w komentarzu wcześniej, wiele razy o tym myślałam. Przykre jest jednak to, że takie sprawy w tym kraju rzadko kiedy kończą się z korzyścią dla pacjenta… Nie jestem też pewna czy w tym momencie wystarczyłoby mi sił, aby toczyć tak trudną batalię. Nie powiedziałam jednak jeszcze ostatniego słowa w tej kwestii.

      Polubienie

  2. Podpisuję się pod postulatem pierwszej komentującej…. to jest sadystyczne znęcanie się nad chorym człowiekiem… Znęcanie się w taki sposób sąd cywilny powinien dość wysoko wycenić. Choć rozumiem, że nie miałabyś ochoty oglądać więcej tych oprawców. Mam nadzieję, że wpadną kiedyś w ręce sobie podobnych ludzi. Po poprzednim odcinku myślałem, że już gorzej Cię nikt nie potraktuje… W zasadzie w normalnym kraju przynajmniej połowa „lekarzy” z Twojej historii powinna stracić możliwość pracy z ludźmi.
    Tym jaśniej widzę cel Twojej opowieści i uważam, że jest niezwykle cenna i ważna.
    Oby jak najwięcej ludzi ją przeczytało, a Ty obyś szybko trafiła tam gdzie Ci pomogą.
    Wróć do zdrowia jak najprędzej.

    Polubienie

    1. Dziękuję Adam, że doceniasz i widzisz dlaczego i po co pokazuję tę może czasem nawet rażącą prawdę. Liczę, że będzie miało to znacznie szerszy sens niż tylko wykazanie mojej osobistej krzywdy.

      Polubienie

  3. Dzieki za kawal tekstu opisujacego szpitalne realia. Ten watek nadaje sie na ksiazke albo film. Wspolczuje bo takie przezycia ryja psyche do konca zycia. Potem do jakiego lekarza nie pojdziesz to masz wrazenie, ze wszyscy postepuja tak samo.

    Polubienie

    1. Nie ma za co. Dla mnie oddanie kawałka tej historii to też swego rodzaju oczyszczenie dla głowy… Jak sam dobrze napisales takie wydarzenia ryją psychę, zmieniaja człowieka na zawsze. Boisz się, idąc gdziekolwiek, gdzie wiesz, że trafisz na biały fartuch, jednocześnie będąc zmuszony stale obracać się w tym środowisku… Nawet gdy trafisz już na lekarzy, którzy pomagaja podchodzisz z dystansem i uczysz się ufać na nowo… To nie jest łatwe, ale na pewno łatwiejsze niż stałe odpieranie ataków za coś tak złego, co Cie spotkało, a czego nie jest się i nigdy nie było winnym…

      Polubienie

      1. Zależy, jak chcesz na to wszystko patrzeć. Wydaje mi się, że w każdym środowisku jest odsetek ludzi mających określone odchyły i to właśnie oni pracują na negatywny wizerunek całej reszty. Sztuką jest uświadomienie sobie, że nie wszyscy są tacy sami, a każdy zasługuje na indywidualne podejście.

        Polubienie

  4. Ojciec z rakiem prostaty został zabrany z domu do szpitala bo pogorszyło się. Na drugi dzień pojechałem go odwiedzić. Idę korytarzem i gdy tylko zobaczyła mnie pielęgniarka, rzekła : ,, Jutro pana ojciec będzie wypisany. Ja na to : ,, Jak wyzdrowieje ” w tym momencie nazwijmy ją gruba Zośka, ( była gruba), zaniosła się śmiechem tak szyderczym że krew mnie zalała a jestem wybuchowy. Mówię do niej z zaciśniętymi ustami i wzrokiem który jak mówią niektórzy,, zabijającym” ,, Co się śmiejesz szyderczo, masz jakiś problem „? Ona : ,, No, no!!! , tylko grzeczniej, bo zaraz pana wprowadzą”. W tym momencie pomyślałem sobie, ( a myślę szybko), że jeszcze babsztyl zemści się na moim ojcu, więc się nie odezwałem. Na drugi dzień przyjechałem ponownie do ojca. Ojciec bardzo cicho mówił, widzę rusza ustami, nachyliłem się i słyszę : ,, biła mnie pięściami ”. Pytam ,, która ”? Cisza. ,, Jak wyglądała ”? Mówi : ,, Taka gruba”. Wyskoczyłem w 3 sekundy na korytarz, biurko było przy samym korytarzu, za biurkiem ich pokój. Akurat była gruba Zośka i jeszcze jedna chuda. Wydzieram się do grubej : ,, Dlaczego biła pani mojego ojca”? Tutaj sprostowanie ( mówił że pięściami po brzuchu). Zośka na to : ,, Ja”? ,, No co pan, tutaj nikt nikogo nie bije. Ja : ,, Mówił że gruba ” Znów ten sam szyderczy śmiech i mówi : ,, Ale tutaj są dwie grube, tamtej dzisiaj nie ma ”. Ojciec zmarł pół roku później w domu. Trudno było grubej Zośce to udowodnić więc opisałem że szczegółami we wszystkich możliwych mail tego szpitala.

    Polubienie

    1. Syriusz, napisałabym, że widziałam i słyszałam już tyle, że nic nie jest mnie w stanie zaskoczyć…, a jednak Twoja historia, z którą zechciałeś się tu podzielić szokuje! Wierzę, że karma wraca i gdzieś poza tym całym złem istnieje jeszcze jakiś cień sprawiedliwości i tacy ludzie jak Zośka zostaną ukarani za swoje zło!

      Polubienie

  5. Właściwie mój kontakt ze szpitalem ograniczył się do ortopedii. Trafiałem tam w efekcie różnych kontuzji. Raz nawet była konieczna operacja. Zakończyła się z sukcesem. W nodze jednak pozostało kilka dodatków. Jeden lekarz namawiał mnie abym pomyślał o usunięciu tych pozostałości. Drugi twierdził, że ludzie z takimi dodatkami żyją i nic się nie dzieje. Lata minęły, placówkę zlikwidowali, a temat przeszedł do historii.

    Minęła dekada z kawałkiem. Po jednej grypie noga w miejscu operacji zaczęła pobolewać. Rodzinny zalecił odpoczynek. Dał antybiotyk. Za kilka dni wróciłem z tematem. Dostałem jeszcze jakiś leki przeciwzapalny oraz relanium na uspokojenie. Było coraz gorzej. Zacząłem utykać. Pożyczyłem od znajomych kule aby móc się poruszać. Umówiłem wizytę w prywatnym gabinecie. Pan doktor wyknał usg. Patrzył się w ekran moitora i nic nie zobaczył. Stwierdził, że trzeba czekać i łykać tabletki. Następnego dnia trafiłem do jednego specjalisty. Zogdził się przyjąć mnie rano w swoim gabinecie. Zbadał mnie i zaczął wertować kalendarz. Wykonał kilka telefonów.

    Jego zdaniem kwalifikowałem się na przyjęcie do szpitala. Jednak operacji usunięcia nie można było wykonać byle gdzie ze względu na starożytny system mocowania, który generalnie wycofano. Narzędziami dysponowała jedna placówka oddalona od sto parę kilometrów od miejsca zamieszkania. Nie pozostało nic innego, jak spakować się i ruszyć przed siebie.

    Na miejscu dowiedziałem się, że oddział ortopedyczny szykowano do zamknięcia. Potem miał być remont, a deyzja o dalszych losach spoczywała w rękach samorządowców. Oficjalnie przyjęto mnie bo zgłosiłem się w stanie zagrożenia życia. Potem uświadomiono mnie, że stało się tak dzięki relacji ordynatora z doktorem, który zadzwonił w mojej sprawie. Inaczej mogłoby być różnie. Dostałem niezłą porcję leków i sytuacja stabilizowała się.

    Największym problemem w szpitalu było żywienie. Porcje wyglądały bardzo mizernie. Na śniadanie chleb z czymś. Na obiad rozwodniona zupa. Symboliczne drugie danie. Skromna kolacja. Pacjenci dbali o dietę we własnym zakresie. Jedni korzystli ze swoich zapasów. Drudzy preferowali barek znajdujący się na dole. Ci, którzy mogli poruszać się robili za kurierów zaopatrujących osoby leżące na płasko. Oczywiście oficjalnie wnoszenie swojego jedzenia na oddział było zabronione.

    Termin zabiegu zmieniano kilka razy. To wyskoczył nagły przypadek albo ktoś zwyczajnie wziął zwolnienie. Zaplanowanie czegokolwiek graniczyło z cudem.

    Przed operacją była dieta i należało przejść odpowiednie przygotowanie. W ich skład wchodziła również lewatywa wykonywana zwyczajnym irygatorem. Zapytałem pielęgniarki czemuż to tak. Ona odparła, że woda z mydłem nikomu nie zaszkodziła, a poza tym koszy są pomijalne.

    Polubienie

    1. Dopiero kiedy przychodzi się z taką masakrą zmierzyć, wówczas odkrywamy jak wiele jesteśmy w stanie znieść i wytrzymać… Nikomu jednak nie życzę takich „testów sprawnościowych” w prawdziwym życiu. Dzięki za komentarz! Pozdrawiam.

      Polubienie

  6. Trafiłam tu z Wykopu. Z linka do artykułu na joe monster… I od kiedy weszłam na bloga, ciągiem czytam wszystko po kolei. Wszystkie zakładki, całą historię. I, o ile wcześniej czułam tylko bezbrzeżny smutek i współczucie dla Ciebie, o tyle w tej chwili czuję wyłącznie złość. Potworną złość i obrzydzenie. Dla tych ludzi, którzy przysięgali służyć i pomagać. Naprawdę wiem, że to praca, która wyniszcza, wypala. Nie jestem naiwna. Ale to, co Ciebie spotkało… Nie potrafię tego w żaden sposób usprawiedliwić i zaakceptować. Na początku poczułam też złość na Ciebie. Nie dlatego, że się na takie traktowanie zgodziłaś, ale dlatego, że później nie podjęłaś z nimi walki.
    Ale jakie mam prawo by Ciebie oceniać? Człowieka, który każdego dnia walczy o życie? Bo taka jest prawda. Żadnego. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie tego co czujesz. To nie tylko współczucie. Podziwiam Cię, za tę nadludzką siłę i odwagę. Za wytrwałość. Dojrzałość. Nie wiem czy byłoby mnie stać na ułamek tego, czego Ty dokonujesz. Wielkie brawa. Mocno trzymam za Ciebie kciuki i zamierzam tu wracać. Mam nadzieję, że się nie poddasz. I znajdziesz pomoc.

    Polubienie

  7. BRAK MI SLOW – ODPOWIEDNIEJSZE BYLYBY CZYNY – NIESTETY JAK NAJBARDZIEJ KARALNE …
    Az ciezko uwierzyc ile juz przecierpialas – a to dopiero wpis z marca 2018 😐

    Polubienie

  8. Trafiłem tutaj z joemonster’a. Mam torbiel pajęczynówki, która codziennie wywołuje potworne bóle głowy, zaburzenia świadomości i pamięci, problemy ze wzrokiem, mówieniem i pare innych objawów. Przez to jak na razie moge zapomnieć o studiach i spotkaniach ze znajomymi. Znoszę to od prawie 6 lat.Co prawda mój stan nie jest tak poważny jak Twój ale to są lata młodości które się bezpowrotnie traci. Wiem jacy są lekarze bo miałem podobne sytuacje. Też wmawiano mi że mam choroby psychiczne, wciskano psychotropy m.in na schizofrenie. Pisanie słabo mi idzie więc nie chcę mi się wymieniać wszystkich paskudnych sytuacji związanych z tymi pijawkami. Wydaje mi sie że potrafię wyobrazić sobie co czuje osoba w Twojej sytuacji. Cieszę się że trafiłem na tego bloga i trzeba przyznać że świetnie się go czyta. Życze szybkiego powrotu do zdrowia. Mogę prosić o podanie nazwisk tych lekarzy na mojego maila?
    Ciekawi mnie o kogo chodzi

    Polubienie

  9. Brak słów. Sam przeszedłem 4 operacje na zatoki i przegrodę, lekarz (pewien szacowny docent ze znanej kliniki w mieście K) zrobił mi pierwszą operację (po sowitym ukopertowaniu, bez którego leżałbym w tym szpitalu do dziś, a było to w 2000 roku), a rok później, gdy choroba zatok wróciła, na prywatnej wizycie spojrzał na tomografię zatok i zapytał „panie, kto to panu tak spie..lił” (dosłowny cytat). W końcu w Warszawie w 2010 roku zrobiłem prywatnie zabieg, który ostatecznie pozwolił mi powstrzymać problemy zatokowe. Przez wiele lat borykałem się z poważnymi chorobami całego organizmu, grzybicą od ust do odbytu, problemami wątroby, 5 lat temu włączyła mi się choroba zwana ZZSK. Po połączeniu objawów, przestudiowaniu wielu publikacji w sieci, doniesień o badaniach, wypróbowaniu wielu ziół, leków, udało mi się „wyłączyć” chorobę, przez przywrócenie poprawnej flory jelitowej. No ale na szczęście nie uszkodzono mi układu nerwowego, moje jelita przepychały pokarm. Życzę Ci powodzenia w walce, zaś Lawendowemu Personelowi wszystkiego najgorszego, a Januszowi (i swojemu docentowi o lepkich rączkach) wizyty smutnych panów i wyroku za łapówkarstwo. Niestety rozwiązanie z prywatną wizytą będącą preludium do przyjęcia na oddział jest powszechne i jak widać stosowane do dziś. Sam słyszałem w klinice w K, jak po wejściu na oddział (przyjął mnie inny lekarz), ordynator zapytał półgłosem patrząc na mnie, jednego ze swoich „piesków” „a tego kto tu przyjął?”. Po czym podszedł do każdego pacjenta, mnie zaś starannie ominął.

    Polubienie

  10. Aniu, nie jestem lekarzem a to co napiszę może być kompletnie nietrafione. Nie przeczytałam też wszystkich twoich wpisów ale na logikę to wydaje się , że masz zrujnowaną florę bakteryjną w jelitach. Może to już było badane ale jeśli nie to sprubuj naturalne probiotyki pomalutku i ostrożnie. Może znajdziesz lekarza , który się w tym specjalizuje. Wiem , że jakoś się szczepi odpowiednie bakterie ale później w określony sposób ( odpowiednia dieta) trzeba je „dokarmiać” i ” rozmnażać ” aż przywrócą prawidłową pracę jelit .
    Przepraszam jeśli powtarzam coś co już przetestowałaś .
    Baaaardzo serdecznie pozdrawiam , wysyłam jak najcieplejsze myśli i modlitwy byś odnalazła dobrych lekarzy , którzy cię wyleczą .
    Trzymaj się cieplutko i wytrzymaj 🙂
    Asia

    Polubienie

    1. Kobieto, ZAMILCZ, zanim napiszesz jeszcze jedną głupotę w internecie. Nie przeczytałaś wszystkich wpisów, i nawet nie wiesz, jak żałosna jest Twoja „porada”. Rozumiem, że „chciałaś dobrze”, ale historia Anny jest tak przerażająca, że gdy czytam Twój komentarz, to robi mi się słabo. Naucz się, proszę, bo to w życiu bardzo ważne, że jeśli czegoś nie wiesz, to się nie wypowiadasz. Sugerować Annie probiotyki to właśnie tak, jak człowiekowi bez nóg kupić obuwie sportowe i powiedzieć: „masz, spróbuj, są dobrze wyprofilowane, moja ciotka je sobie kupiła i biega jak szalona”. I jak Ci się to „wydaje na logikę”?

      Polubienie

  11. 500zł za dwa tygodnie tortur. Nie tylko nie byli w stanie Ci pomóc, to jeszcze nadwyrężyli psychicznie. Szok, masakra.
    Aniu podziwiam Cię, że byłaś w stanie znieść to wszystko.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s