Moja historia cz. VIII Nie wszyscy superbohaterowie noszą peleryny.

Dzisiaj, drogi Czytelniku, chcę Cię zabrać w sentymentalną podróż do początków mojej szpitalnej przyjaźni z osobą, która pomogła mi oswoić chorobę i pokazała, jak patrzeć na niedolę z zupełnie innej perspektywy. W tamtym czasie byłam w głębokiej dupie jeśli chodzi o moje zdrowie psychiczne i niewiele pomagał fakt, że biały personel wreszcie zaczął podchodzić do mnie z większą empatią. Zanim poznałam moją Sista :D, której dedykuję dzisiejszy post, jedynym szpitalnym przyjacielem w niedoli był Ludwik, czyli wkłucie centralne, którego założenie, choć okupione potokiem łez i zaciśniętymi z bólu pięściami, okazało się być dla mnie prawdziwym wybawieniem. Po pierwsze, skończyło się kłucie w każdą możliwą część ciała, by założyć kroplówkę – moim żyłom ulżyło zapewne tak samo jak mnie i nareszcie pozbyłam się szpecących i bolesnych krwiaków. Ludwik umożliwiał wygodne podawanie żywienia, leków i pobieranie krwi. Po drugie, tuż po nawiązaniu tej przyjaźni, miałam zostać przeniesiona na inną salę, tzw. “jedynkę”. Absolutnie nie miałam zamiaru, ani ochoty się przenosić, zaczęłam więc negocjować z pielęgniarką, choć można było przewidzieć, że nic nie wskóram. Zdążyłam się przyzwyczaić do mojej dwuosobowej sali, w której zresztą akurat wtedy byłam tylko ja – co bardzo mi odpowiadało. Byłam psychicznym wrakiem i nie miałam chęci przebywać nawet w towarzystwie bliskich mi osób, nie mówiąc już o nawiązywaniu nowych znajomości. Chciałam być sama i było mi niedobrze na myśl, że trafi mi się jakiś Wujek Dobra Rada, który będzie mnie raczył swoimi złotymi receptami na regularne stolce albo wręcz pouczał, tak jakby wiedział o mojej chorobie więcej niż ja sama. Nie byłam też w stanie cierpliwie słuchać o problemach innych pacjentów i ich pocieszać, ani nawet rozprawiać o pogodzie z przyklejonym, sztucznym uśmiechem na ustach. Brakowało mi siły i ochoty komukolwiek opowiadać o tym całym piekle, w którym żyłam przez ostatnie miesiące, bo i tak nikt by tego nie zrozumiał. Dlatego nie kryłam niezadowolenia na wieść, że muszę zamienić moją komfortową, pustą dwójkę, na trzyosobową “jedynkę”, w której pewnie zaraz ktoś wciągnie mnie w rozmowę o sraniu, ziołach wahadełkach i lewatywie z kawy. Pielęgniarka oczywiście nie pozwoliła mi zostać w mojej strefie komfortu, ale na pocieszenie powiedziała: “Spokojnie, będziesz w sali z Olką”. Niespecjalnie mnie to podbudowało… Co mnie obchodzi jakaś tam Olka?… Przez ułamek sekundy zastanowiło mnie, dlaczego “piguła“ wypowiedziała to zdanie takim tonem, jakby Olka była kimś więcej niż wyjątkowym. Szybko jednak przestałam o tym myśleć. Z całym moim tobołem, walizą, kocem, poduszką i walającymi się puszkami Peptamenu i innych papek, weszłam do sali szybkim krokiem, w ogóle się nie rozglądając, aby tylko nie złapać z nikim kontaktu wzrokowego, byle nikt się do mnie nie odezwał. Nadal patrząc w ścianę usiadłam na jedynym wolnym łóżku. Moja twarz musiała wyrażać tylko jedno – nie podchodź, bo zabiję… Byłam świeżo po założeniu wkłucia, cholernie obolała, nie mogłam normalnie podnieść się z pozycji leżącej, ani obrócić na prawy bok, każdy ruch generował potworny ból…. Do tego dochodziły galopujące, najczarniejsze z czarnych myśli, wykończenie psychiczne i nieustannie pełny brzuch, które zakłócały mi sen w nocy i powodowały chroniczne wyczerpanie. Kątem oka dostrzegłam, że na łóżku obok siedziała kobieta około 50 lat z krzyżówką w ręku. Jej oczy tylko pozornie skupione były na rebusach i sudoku, bo tak naprawdę bacznie obserwowała wszystko, co się wokół niej działo i chciwie łowiła każde wypowiedziane słowo, a oprócz tego miała bardzo dużo do powiedzenia praktycznie na każdy temat, o czym przyszło mi się wkrótce przekonać. Wtedy mój wzrok padł na stojące pod oknem łóżko, które wyglądało jak żywcem wyjęte z komiksu albo jakiejś bajki. Nie sposób było się nie uśmiechnąć, widząc ten misz masz krzykliwych kolorów i szalonych wzorków, pokrywający każdy centymetr łóżka i przestrzeni wokół niego. I tak – na szafce spoczywał kubek w truskawki, a tuż obok talerz z minionkami. Na kroplówkowym stojaku wisiała bluza z uszami na kapturze przypominająca puszystą owieczkę. Na łóżku leżał biały kocyk w urocze pandy, a na nim dziewczyna w prawdziwie niecodziennym stroju: w leginsach we frytki i w koszulce z chupa chupsami. Miała kasztanowe włosy, które upięła w kucyk gumką ozdobioną okazałą, kolorową kokardką. Jej bladziutka twarz mocno kontrastowała zarówno z ciemnymi włosami, jak i prawdziwą tęczą szalonych kolorów, które miała na sobie, ona sama zaś wyglądała szczególnie fantazyjnie na tle białych szpitalnych ścian, szarych łóżek i brzydkiej podłogi. Na jej szyi dostrzegłam wenflon i momentalnie mnie olśniło – to jest właśnie TA DRUGA młoda, z którą pomyliły mnie lekarki z oddziału anestezjologii (o czym wspominam w poprzednim poście: Moja historia cz. VII Słodko-gorzki smak zmiany). Przypomniało mi się, że wcześniej widziałam ją na korytarzu, kiedy dzierżąc w ręku termometr zmierzała w sobie tylko znanym kierunku, a minę miała dokładnie taką, jak ja tamtego dnia – tylko podejdź, to rozerwę Cię na strzępy… Musiała być w szpitalu od dawna, widać było, że zna tu każdy kąt. Wnioskując po jej zaciętej minie, pomyślałam, że będzie mnie traktować jak intruza, który wtargnął na jej terytorium. Jednak ku mojemu zaskoczeniu ta drobna dziewczyna w leginsach we fryty pierwsza podeszła do mojego łóżka i podała mi rękę, rzucając krótkie: “Cześć, jestem Ola”. Był to bardzo miły gest, jednak poczułam się niezręcznie… To ja powinnam się przywitać, zamiast przemykać bez słowa pod ścianą. Co prawda nie chciałam nikomu opowiadać o swojej chorobie, ale poczułam się nieswojo i chciałam przeprosić za gburowatość. Powiedziałam wtedy, że bardzo mnie boli i mam tego wszystkiego dosyć. Ola odpowiedziała tylko jednym krótkim zdaniem: “Może Ci się wydawać, że tak nie jest, ale rozumiem Cię jak nikt“. Pomyślałam sobie wtedy: No, fajnie, ale co ty dziewczyno możesz wiedzieć? Okazało się, że dużo, więcej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać… Tak właśnie zaczęła się nasza szpitalna przyjaźń, która trwa do dzisiaj. Przez resztę mojego pobytu dzieliłam salę z Olą, a więc miałyśmy sporo czasu, żeby się poznać i zżyć na złe i na gorsze. Na Olę spadła cała plaga nieszczęść i przeciwności losu, a mimo to wciąż potrafi doszukać się pozytywów w tej porąbanej rzeczywistości i czerpać radość z tych mini rzeczy, najdrobniejszych przyjemności. Szybko zobaczyłam, że przez jej chorobę nieraz cierpi jeszcze bardziej niż ja. Ona jednak zawsze powtarza: „Ania ja mogę jeść, Ty to masz dopiero przejebane…” Nie sposób jednak było porównać nasze zmagania z patologiczna masą zwaną ciałem. Choroby mamy całkiem różne, ale obie jesteśmy wyjątkowo nieszablonowymi i wyjątkowo niewygodnymi dla służby zdrowia pacjentkami. Kiedy wydawało mi się, że marny los zabrał mi w życiu już wszystko, Ola pokazywała mi, jak znaleźć w tym dnie dna minimum komfortu. W jej towarzystwie po prostu nie sposób było się ciągle smucić i martwić. Szybko przestało mnie dziwić dlaczego pielęgniarki rysują kwiatki i motylki na jej kroplówkach i dlaczego każdy, kto ją mija chce choć na chwilę się zatrzymać i z nią pogadać. Ja natomiast przy niej nagle zamiast zagłębiać się w czarnych myślach potrafiłam skupić się na tym, co przynosi jakąkolwiek radość i uśmiech, np. ciepły kolorowy kocyk, notes z flamingiem, fluidowa koszulka, pomalowane paznokcie czy odjechana kokardka na włosy. Wreszcie zaczęły wracać u mnie mechanizmy przypominające funkcjonowanie normalnego człowieka, na przykład potrafiłam znów skupić się chociaż na zwykłym oglądaniu telewizji, co wcześniej stanowiło dla mnie ogromny problem. Osoba Oli otworzyła mi oczy na wiele spraw i wiele dzięki niej zrozumiałam, co z kolei pomogło mi przewartościować swoje życie. To dzięki niej zrozumiałam, że muszę po prostu czymś zastąpić to wszystko, co było dla mnie miłe i przyjemne, a co odebrała mi choroba. Zaczęłam więc przekierowywać swoje myślenie właśnie na otaczające mnie rzeczy i na to, jak mogę ubarwić swoją szarą rzeczywistość. To był znaczący przełom. Do tamtej pory wydawało mi się, że dopóki ktoś lub coś cudownie mnie nie uleczy, to nie ma żadnej drogi ucieczki od tego żalu i cierpienia, które nieustannie mnie zalewało i które uniemożliwiało mi normalne funkcjonowanie oraz oswojenie się z chorobą. Nauczyłam się olewać to, na co nie mam wpływu. Przestałam stale walczyć z wiatrakami, wierzyć w utopię i na siłę szukać rozwiązań mojej patowej sytuacji, które i tak nie istnieją. Skończyłam z zadręczaniem się i krzywdzeniem samej siebie jeszcze bardziej niż do tej pory skrzywdził mnie los. Możesz pomyśleć Drogi Czytelniku: czyli co poddała się chorobie? Nie o to tu chodzi. Jest spora różnica między poddaniem się, a podjęciem decyzji, że wreszcie masz dość. Dość sztucznego przenoszenia gór, dość powtarzania sobie, jak już będę zdrowa to…, jak zrobię to i tamto, to będzie tak i tak. Dość krążenia myślami o tym, z czym jeszcze muszę walczyć i co zrobić żeby nagiąć rzeczywistość. A więc dość wymagania od siebie czegoś, czego spełnić nie jestem w stanie i co powoduje we mnie poczucie smutku i frustracji. Wtedy to nadeszła podstawowa faza: REALIZM i AKCEPTACJA. W końcu zrozumiałam też, że, żadne wertowanie internetu, szukanie nowych „specjalistów”, bioenergoterapeutów, żadna medytacja, koronki do miłosierdzia, czy inny bullshit tu nic nie wniosą, a będą tylko zaśmiecać mój zagotowany od rozważań mózg… Jestem chora tu i teraz i to jest aktualnie MOJE ŻYCIE, które trzeba jakoś przeżyć. To właśnie Oli zawdzięczam moje “mentalne uzdrowienie”. Wcześniej żaden lekarz, profesor, psycholog, specjalista, rodzina, nikt, kompletnie nikt nie był w stanie zmienić mojego nastawienia do życia w chorobie. Dopiero ona tego dokonała, dzięki temu jaka jest, KIM jest i kim zawsze już będzie dla mnie. Ola do perfekcji opanowała sztukę radzenia sobie w kryzysowych sytuacjach, gdy jej ciało odmawia posłuszeństwa i przysparza całego ogromu cierpienia. Do dziś nie zapomnę jak swoją gorączkę 39,9C potrafiła skwitować krótkim: „Jebana jedna kreska!” Jej, podobnie jak mi biały personel nie potrafił pomóc, ale za to ona zawsze pomagała każdemu, kto miał to szczęście ją poznać. Nie mogłam uwierzyć, jaka jest mocna, jak twardo się trzyma, jak trzeźwo i racjonalnie potrafi myśleć będąc w tak trudnej sytuacji. Ta wyjątkowa dziewczyna wniosła w moje życie więcej dobrego niż ktokolwiek inny kiedykolwiek byłby w stanie, za co chyba nigdy nie zdołam się odwdzięczyć. Uświadomiła mi, że w mojej sytuacji jedyną alternatywą dla głębokiej depresji, z której mogę już nigdy nie wyjść, jest właśnie dostrzeganie tych dobrych stron rzeczywistości, nawet jeśli są tylko tylko kolorowe skarpetki albo odjechany t-shirt z jednorożcem. Dzięki niej te kilka ostatnich miesięcy odeszło w zapomnienie, przestałam odliczać kolejne dni do czasu kiedy znów stanę się cudownie zdrowa. Stałam się inna, na pewno łaskawsza dla samej siebie. Znów zaczęłam się prawdziwie uśmiechać. To właśnie ja i moje „nowe spojrzenie na żywienie” na szpitalnym łóżku w pamiętnej sali chorych 1:

ja blog1

Zaczęłam rozumieć i przyjmować to, że jestem chora i że niewiele, o ile cokolwiek, mogę z tym zrobić, więc po co sobie jeszcze dokładać? Nie poczułam się nagle tak wszechmocna, żeby pokonać absolutnie każdą przeciwność losu, po prostu zdałam sobie sprawę, że choroba nie wybiera i że nie mogę się za nią obwiniać. Włączyłam system olewania, a jednocześnie odrzuciłam wygórowane ambicje i dążenie do idealnego życia. To był dla mnie drogowskaz, jak odnaleźć się w przewlekłej i nieuleczalnej chorobie – odpuścić, przyjąć, zaakceptować, zmienić to, co realnie mogę zmienić, być z tego dumną, i cieszyć się tymi niewieloma dobrymi rzeczami, które daje mi los. Większość zdrowych, młodych ludzi myśli, że są stworzeni do wyższych celów, (niestety sama tak kiedyś myślałam). Ciągle za czymś gonią, a to za wielką kasą, za domem z basenem, nienagannym wyglądem, egzotycznymi wakacjami, awansem, większym i droższym samochodem i idealną rodziną z dwójką ślicznych dzieci i pieskiem. A jeśli to wszystko nie nadejdzie, to jesteś przegrany. Teraz już wiem, że i bez tych wszystkich rzeczy trzeba nauczyć się żyć tu i teraz i czerpać z resztek tego co dobre, a bez odpowiedniego podejścia, może być to wyjątkowo trudne.

Z Olą mijały nam kolejne dni gdy leżałyśmy na „jedynce” dogadzając sobie kolorowymi dresikami czy ręcznie zmontowaną darmową kablówką, która w każdej innej sali była płatna, 😀 (w końcu przy tak długim pobycie straciłybyśmy fortunę na samo wieczorne oglądanie TVN-u). Nie mogę nie wspomnieć też o akcji „ostre cięcie” gdy na spontanie przerobiłyśmy szpitalną toaletę w salon fryzjerski i nożyce poszły w ruch. Dzięki Oli było mi też dane ostatni raz spróbować nutelli, zakręconych fryt z maka czy pudrowych cukierków. Po gastroskopii, gdy lekarze odsączyli z mojego żołądka zalegającą treść Ola powiedziała: „Ania! Jedyna szansa! Korzystaj!” Widząc moje zawahanie po chwili dodała: „i tak wszystko Ci szkodzi, więc co Ci zależy ten ostatni raz?” 😀 Nie było to może rozsądne posunięcie w moim stanie, bo po takiej akcji miałam jeszcze większą masakrę i ból w brzuchu, ale ten moment, w którym mogłam choć jednorazowo poczuć znów smak takich rzeczy pozostał w mojej głowie na zawsze. Wtedy też zrozumiałam, że jeśli ciągle będę kalkulowała, planowała, z niczym nie ryzykowała i twardo trzymała się utartych zasad to, całe to marne życie, nie dość że cholernie smutne, żmudne i trudne, będzie do tego jeszcze potwornie nudne. A swoją drogą zakosztowanie wtedy tamtych smakołyków było i tak dużo lepsze niż łapczywe porwanie suchego chleba ze stołu na szpitalne resztki, który działał na mój układ trawienny tak samo źle…

Małym szczęściem było też to, że od samego początku pobytu na oddziale przy pełnowartościowym żywieniu pozajelitowym zaczęłam powoli zyskiwać kolejne kilogramy. Moja waga z dramatycznych 35 kg podskoczyła do 42 kg. Nadal było to bardzo mało, jednak zawsze coś na plus. Poddawano mnie kolejnym badaniom. Drugiego dnia mojego pobytu w tym szpitalu lekarze postanowili zbadać motorykę mojego układu trawiennego. W tym celu połknęłam specjalne znaczniki i codziennie wykonano prześwietlenia rentgenowskie mojego brzucha, aby zweryfikować położenie przebywających w nim plastikowych kuleczek. Każdego dnia musiałam więc kursować po całym szpitalu w nadziei, że nie zemdleję gdzieś po drodze… Nadal kiepsko się czułam, a to za sprawą gnijącego jedzenia, które wciąż zalegało mi w brzuchu. Poniżej selfie, które zrobiłam sobie wtedy w lustrze szpitalnego holu. Mimo tego, że wówczas jadłam juz naprawdę bardzo niewiele, to z chudego ciała nadal na wierzch wyłaniał się tylko mój brzuch.

ja blog 2

Każda dłuższa przechadzka była dla mnie wyzwaniem. Co prawda żywienie dożylne dodawało mi sił, ale ciągle czułam się jak struta, ponieważ moje jelita przepuszczały do krwiobiegu toksyny i zalegającą w nich treść oraz kwasy. Wielka Siostra (zwana również Wielkim Okiem) przynosiła mi kolejne próbki papek dietetycznych, tym razem dostałam nawet L- glutaminę w saszetkach. Niewiele to zmieniało w moim stanie, ale przynajmniej mogłam skosztować kolejnego nowego smaku. Niestety szpitalne zapasy mojej waniliowej miłości, czyli Peptamenu szybko się wyczerpały. Chciałam nadal próbować się nim „dożywiać”, jako że szkodził mi mniej niż normalne jedzenie, zaczęłam wiec prosić rodzinę i znajomych o kupowanie i dostarczanie mi kolejnych porcji. Po 10 dniach od połknięcia znaczników niestety nadal znajdowały się one w moim przewodzie pokarmowym. Podczas jednego z obchodów Dystyngowana Greta potwierdziła, że widziała wstępne wyniki i że motoryka niestety bardzo u mnie kuleje. Wspomniała też o rozruszniku żołądka. Nie wierzyłam w cuda, ale na pewno była to dla mnie lepsza alternatywa niż to, co słyszałam do tej pory, czyli “zacznij w końcu normalnie jeść”… Obchód z Gretą odbywał się tylko raz w tygodniu. Było to wielkie wydarzenie, do którego przygotowywano się zawsze bardzo drobiazgowo. Od wczesnego świtu na korytarzu panował szum. Czuć było nerwową , nieprzyjemną atmosferę paniki przed przemarszem uroczystej defilady. Sprzątano wyjątkowo dokładnie, pielęgniarki biegały w popłochu i sprawdzały wszystkie sale. Nawet łóżka pacjentów musiały być schludnie zaścielone. Gdy nadchodził czas obchodu i do sali wchodziło stado białych fartuchów z Gretą na czele, pacjent zaczynał się czuć jak zwierzątko w zoo. Rozmowy między lekarzami toczyły się w taki sposób, jakby pacjenta w ogóle tam nie było. Prawdziwa dyskusja miała jednak miejsce dopiero na korytarzu i teoretycznie miała być ona „tajna”, tymczasem prawie wszystko można było usłyszeć zza niedomkniętych jeszcze drzwi sali. I właśnie po tym obchodzie, kiedy Greta wspomniała o rozruszniku żołądka, z korytarza usłyszałam głos jednego z lekarzy, który zasugerował, że ”tutaj w grę chyba wchodzi anoreksja”. Momentalnie się we mnie zagotowało. Ku mojej uldze Greta od razu odparowała, że o zaburzeniach odżywiania nie ma mowy, i że mamy tu do czynienia z ciężkim upośledzeniem motoryki. Jej słowa podziałały jak kubeł zimnej wody wylany na głowę gorliwego tropiciela ofiar odchudzania. Po tym krótkim oświadczeniu już nikt nie śmiał się odezwać. Poczułam satysfakcję, i ulgę, ponieważ osoba o niekwestionowanym autorytecie stanęła po mojej stronie i nikt nie ośmielił się jej sprzeciwić. Nie sposób było jednak przeoczyć, że jakkolwiek oddział Grety utrzymywał od dawna swój prestiżowy status, to nie wszyscy byli tam traktowani równo. Jeden zasłużył na szacunek i leczenie, inny już nie, a kryteria były bardzo subiektywne. Wiem też o różnych pozaszpitalnych działaniach pracujących tam lekarzy, które również nie były przykładem bezinteresowności i profesjonalizmu. Czas mojego pobytu w szpitalu bardzo się wydłużał, ale dzięki temu, że byłam w tej „uprzywilejowanej” grupie, nie musiałam się bać tego, co przyniesie mi każdy kolejny dzień. Niestety, niezmiennie nikt nie informował mnie o wynikach moich badań i planowanym leczeniu. Musiałam nieźle kombinować, by czegokolwiek się dowiedzieć i najczęściej również przy wsparciu Olki odbywało się to różnymi niestandardowymi kanałami. Kiedy udało mi się uzyskać jakiekolwiek informacje odnośnie mojego zdrowia, często wychodziły kwiatki, a to okazywało się, że mam mocno podniesione CRP albo tragiczne próby wątrobowe. Lekarze milczeli na ten temat jak zaklęci, a we mnie pojawiał się niesmak, bo nigdy nie wiedziałam, jak beznadziejne wyniki zobaczę następnym razem. Sala, którą dzieliłam z Olą, powoli stawała się moim nowym domem. Moje łóżko niezmiennie stało pod ścianą, Oli – pod oknem, przez środkowe przewijała się natomiast parada bardzo dziwnych charakterów, okazjonalnie przeplatana krótkimi pobytami kilku fajnych osób. I po raz kolejny chwała Oli za to, że pula tychże właśnie ludzkich dewiacji rozkładała się między nami po równo, bo inaczej chyba bym zwariowała od samego przebywania sam na sam z tymi czubami. Danuśka, Limona, czy Stara od trzusty. Te osoby zafundowały mnie i Oli niezły szpitalny rollercoaster, a “atrakcji” było tak wiele, że chciałabym poświęcić im cały osobny wpis.

Jednak jeszcze w tym poście chcę nawiązać do innej niecodziennej historii, która wydarzyła się w trakcie mojego pobytu u Grety i która wryła mi się mocno w pamięć. Historia ta ma swój początek jeszcze w Lawendowej Dolinie, czyli poprzednim szpitalu, w którym poza żywieniem pozajelitowym i paroma fajnymi znajomościami nie spotkało mnie absolutnie nic dobrego. Poznałam tam osobę, która na pierwszy rzut oka wydawała się niegroźna. Człowiek ten zbliżył się do mnie pod pretekstem troski i zainteresowania moim ciężkim stanem, jednak z czasem zaczęłam obserwować u niego różne alarmujące zachowania. Znajomość ta była dla mnie wyjątkowo nieprzyjemna i uciążliwa. Chcę o tym napisać, aby przestrzec innych chorych, zwłaszcza, że często są to osoby bezbronne, a kogoś w trudnej sytuacji łatwiej jest wykorzystać. Takie rzeczy niestety dzieją się nie tylko w filmach czy książkach lecz mogą się przytrafić każdemu. Szpital może się wydać z pozoru bezpiecznym miejscem, ale prawda jest taka, że można tam trafić zarówno na cudownego kompana i przyjaciela w niedoli, jak i na złodzieja, oszusta, czubka, a nawet zboczeńca…. I tym oto akcentem pragnę odkryć przed Tobą, mój Czytelniku, temat następnego wpisu, którego głównym bohaterem będzie Dewiant Jaro.

podpis_przezrklik_fundacja_small

3 myśli w temacie “Moja historia cz. VIII Nie wszyscy superbohaterowie noszą peleryny.”

  1. Poziom napięcia utrzymany,ale dobrze, że pojawił się wreszcie superbohater a właściwie Superbohaterka. Śmiało możesz rozwinąć ten wątek jeśli chcesz, bo przy wydarzeniach z poprzednich części wlewa odrobinę nadziei, że są jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie.
    Pozdrawiam.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s