Moja historia cz. XIII W szponach szpitalnej Drakuli.

„Przeczuwałam, że pani wróci…” Mimo, że pierwsze słowa przy ponownym spotkaniu z Litościwą Czesią wybrzmiały z zadumą i smutkiem, pozwoliły opanować mój wewnętrzny niepokój. Od pierwszego słowa odniosłam wrażenie, że Czesia nie pozwoli bym znów została odesłana do domu i zostawiona sama sobie w sytuacji bez wyjścia. Nie spodziewałam się jednak, aż takiej skruchy słysząc jak po chwili dodaje: „Niepotrzebnie panią wypisaliśmy do domu… to było oczywiste, że bez żywienia pani nie wytrzyma. Ile pani schudła w tym czasie?” Nie sposób było się z tym nie zgodzić, nie zamierzałam jednak pogłębiać poczucia winy w Czesi, która jako jedyna czuwała nad moją sytuacją pozostawiając do siebie kontakt. Nadmieniłam jedynie, że jestem już kilka kilo w plecy, a moje siły witalne sukcesywnie lecą w dół. Nie mogłam jednak zostać ponownie przyjęta bez spełnienia wymaganych przez szpital procedur, dlatego bez większej zwłoki udałyśmy się na SOR, celem ponownego przyjęcia mnie na oddział. Mimo sporej kolejki chorych, przeszłam kwalifikację w trybie pilnym i po niespełna godzinie wylądowałam znów na szpitalnym łóżku. Nie musiałam też długo czekać nim zaparkował przy mnie stojak z workiem żywieniowym i kroplówkami. Na szybko w takim przypadku dostaje się tzw. „gotowce”. Jednym z najczęściej spotykanych i tym widocznym na zdjęciu poniżej jest worek żywieniowy Kabiven Peripheral – gotowa mieszanka do podania pozajelitowego zawierająca składniki odżywcze. Niestety mimo spełniania norm sterylności i zapewnienia podstawowych potrzeb żywieniowych jakość tej mieszanki i dostosowanie do pacjenta są żadne i lepiej, gdy nie stosuje się tej metody dłużej niż kilka dni.

bty

Szpital, w którym wówczas przebywałam posiada aptekę z mieszalnią worków, która przygotowuje żywienie lepiej dostosowane do indywidualnych potrzeb chorego. Zanim jednak dostałam swoje indywidualne żywienie musiałam poczekać aż zlecenie na nie zostanie przekazane do apteki i doczeka się swojej pierwszej realizacji.

Pomimo dotychczasowej przewrotności losu i tego, że nic nie szło ku lepszemu, świadomość, że dzięki opiece szpitalnej uniknie się ponownego konania z głodu dodawały małej otuchy. Wszytko wydawało się lepsze niż powrót do tego z czym musiałam się zmierzyć w poprzednich szpitalach. Przede wszystkim ulgą było nie musieć już więcej tłumaczyć, że faktycznie nie jestem w stanie normalnie jeść… Ta część tego piekła na szczęście była już za mną. Całe obejście oddziału i szpitala było mi już bardzo dobrze znane. Większość personelu od razu przywitała mnie jak „swoją”. Trudno było nie pamiętać pacjentki, która nie tak dawno temu spędziła tu ponad miesiąc czasu. Wiedziałam jednak, że nie jestem wcale weteranką tego oddziału. Niektórzy pacjenci, jak bumerangi wracali do tej bazy latami, ale ich przypadki były zdecydowanie mniej odosobnione niż mój fizyczny obłęd. Na oddziale w zasadzie prawie nic nie uległo zmianie. Prawie… Brakowało jednej, ważnej dla mnie osoby. Ola kilka dni po moim wyjściu do domu też opuściła szpitalne mury. Nadal utrzymywałyśmy kontakt. Wiedziałam, że u niej też sprawy nie wyglądają kolorowo i w zasadzie niewykluczonym było, że lada moment przyjdzie nam spotkać się ponownie w tych samych okolicznościach. Chwilowy przerywnik szpitalnego maratonu pozwolił mi utwierdzić się w przekonaniu, że moja codzienna egzystencja już raczej nie będzie przypominać normalności. Zaczęłam patrzeć na wszystkie otaczające mnie rurki, stojaki i sprzęt do dezynfekcji jako coś z czym chcąc nie chcąc pora zacząć się zaprzyjaźniać. Na ten moment jednak pewne rzeczy musiałam zaczynać od nowa. Brak wkłucia centralnego w żyle główniej ponownie spowodował, że wygląd moich rąk z powodzeniem mógłby sugerować, że jestem zawodowym niewolnikiem pełnej strzykawki, a mój dealer właśnie wrócił z wakacji.

Pierwszy większy obchód uświadomił mi, że w jednym z najlepszych polskich ośrodków gastroenterologicznych, pośród ciężkich rozmysłów tęgich głów, nadal nie zawitał pomysł jak rozstrzygnąć moją kwestię. W międzyczasie trafiłam do nowej sali, gdzie poznałam Maszę. Masza to osoba, której charyzmę i nastawienie do życia do dziś wspominam z rozrzewnieniem. Kobieta w średnim wieku, nietuzinkowej urody. Kobieta, dla której ciężka fizyczna praca, walka o godny byt, dbałość o siebie i dumna życiowa postawa nigdy się nie wykluczały. Nawet w szpitalu błyszczała, a perspektywa nieuleczalnej choroby, z która przyszło jej się nagle zetknąć nie odebrała jej blasku w oczach, ciętego języka i nadziei na lepsze jutro. Nikt tak jak ona nie potrafił jednym zdaniem i gestem zgasić prowodyrów szpitalnej rutyny. Na jednym ze standardowych obchodów wieczornych, kiedy lekarz dyżurny odruchowo wydał z siebie mijając kolejne łóżko słowa: „Czy coś potrzeba?” Masza bez sekundy zawahania odparła: „Tak Doktorze! Zdrowe jelita i wypis do domu!” Lekarz, początkowo się uśmiechnął pod wąsem, ale widząc, że Masza przy tym zachowała kamienna twarz zmieszał się, po czym ze speszeniem bez słowa opuścił sale. Nigdy nie dawała się zbyć. Uderzała prosto z mostu tym, co miała na myśli. Ta szczerość bez ogródek w jej wydaniu była niesamowitym atutem. Niektórzy pacjenci, z którymi przyszło mi dzielić szpitalne pokoje utkwili w mojej pamięci już na zawsze. Z niektórymi kontakt utrzymuję do dziś. I często myślę sobie, że w tym całym nieszczęściu ci ludzie, to najlepsze co mogło mnie spotkać. Ilość empatii, zrozumienia, a także ogromnych pokładów pozytywnej siły mentalnej jaką od nich otrzymałam jest nie do przecenienia.

Zapowiadała się kolejna długa szpitalna wegetacja, ale tym razem liczyłam na spokojny pobyt mający na celu przynieść lepsze, gorsze, czy nawet jakiekolwiek rozwiązanie, niekoniecznie zaś kolejne przykre przygody. Mimo to los zakpił ponownie, kiedy w szpitalu rozgościł się wirus. Masza była pierwsza. Jednego wieczoru dostała bóli, wysokiej gorączki i rzucających dreszczy i nawet szpony krwawego rzutu Colitis Ulcerosa nie połamały jej tak skutecznie jak plebejska infekcja. Nie byłabym sobą gdyby ów wirus nie upodobał sobie również mojego wątłego organizmu. W środku nocy dopadł mnie rozrywający ból kości i dreszcze. Nieraz chorowałam na grypę, ale tym razem to było coś, co trudno porównać z poprzednimi epizodami chorowania pod kocykiem z fervexem i kanapeczkami z czosnkiem popijanymi ciepłym mleczkiem. Nie mogłam sobie znaleźć miejsca na szpitalnym łóżku. Nawet prześcieradło i ubrania zdawały się zadawać ból przeczulonej skórze. Szczególnie mocno utkwiło mi w głowie to uczucie tępego bólu w kościach, jakby ktoś zaciskał imadło na moich piszczelach, kostkach i przedramionach. Duszności, ból w klatce, palpitacje serca. Personel średnio reagował na tego typu sprawy, tym bardziej w nocy, kiedy nie sposób było odszukać pielęgniarkę z dyżuru. Rano pyralginka w żyłę i problem chwilowo zażegnany. Chwilowo… Infekcja zmiotła mnie na dobrych kilka dni do tego stopnia, że ledwie miałam siłę przeczołgać się do toalety spod łóżka. Po jednej z tych koszmarnych nocy Litościwa Czesia widząc jak wyglądam niezwłocznie zleciła pobranie krwi do badań. W międzyczasie swojej realizacji doczekało się wcześniejsze zlecenie do anestezjologów na założenie wkłucia centralnego.

Około południa zostałam wyrwana przez pielęgniarkę z krótkiej chwili snu słowami: „Pani Anno idziemy na zakładanie wkłucia”. „NIE! Błagam…” Tylko te dwa słowa zaczęły panicznie odbijać się między moimi uszami. Fizycznie, ani psychicznie nie byłam na to gotowa. Miałam świadomość, że żyły na moich rękach się kończą i wkłucie będzie znów niezbędne, ale liczyłam, że mój obecny stan odroczy ten proceder na chociaż trochę lepszy moment. Niestety znów proza życia zaśmiała mi się w twarz. Wszystko było już ustalone i ponoć cudem udało się wkleić mnie w okienko jedynego dostępnego wówczas na oddziale anestezjologa… Wspominany w poprzednich postach Ludwik, czyli mój pierwszy centralny dostęp żylny był zlokalizowany tuż pod moim obojczykiem i mimo całej bolesności i inwazyjności zabiegu wszystko poszło dość gładko. Bałam się jednak ponownego znoszenia tego bólu, tym bardziej w aktualnym stanie osłabienia… Mój strach ewoluował w momencie gdy weszłam na blok operacyjny… Tam pierwszy raz ujrzałam osobę mającą wykonać na mnie zabieg. Kobieta, wiek 50+ w okryciu przypominającym plandekę w kolorze khaki, roztrzepane blond gniazdo zamiast włosów i zmrużone, ledwie widoczne oczy wyłaniające się spod okularów. Wyglądała jakby przed momentem opuściła schron bombowy, do którego nie dochodzi światło dzienne. Kobieta usilnie wytężała do wszystkiego wzrok, co pozwalało sądzić, że bardziej niż tej pracy potrzebuje pilnej wizyty u okulisty i nowych szkieł w okularach. Od pierwszego spojrzenia na mnie widać było jej niechęć do tego co właśnie będzie musiała zrobić. To zdecydowanie nie pomagało mi zachować spokoju. „O matko… młoda.” Tak skwitowała mnie zasapanym głosem, który uderzył niczym tępe narzędzie w tył głowy… Szkoda tylko, że już wtedy nie straciłam przytomności, bo może przespałabym ten cały koszmar, który miał się za chwilę wydarzyć, albo chociaż odsunęła go do momentu, aż ktoś inny pojawi się na zmianie. Niestety poziom adrenaliny skutecznie utrzymywał mnie przytomną, a nawet gorączka wydawała się na ten moment ustąpić. Kazano mi rozebrać się od pasa w górę i położyć się na stole… Kobieta w płachcie khaki upominała pielęgniarkę by ponaglała moje ruchy. Widać było, że komuś mocno się spieszy, być może byłam ostatnia do obrobienia przed obiadową przerwą. Pielęgniarka asystująca była bardzo opanowana i miła i miałam poczucie, że ona jedyna w tym pomieszczeniu nie jest za karę. Na starcie opieprz dostała nie tylko asystentka, ale też ja sama za fakt, iż nie mam ze sobą gumki do włosów… Niestety wyrwanie mnie prosto ze snu i zaciągnięcie niemalże siłą bez chwili na przygotowanie (bo „pani anestezjolog nie może czekać”), nie sprzyjało spakowaniu w tą spontaniczną podróż walizki. Kobieta zwana anestezjologiem wyciągnęła długi kawałek niebieskiego medycznego materiału przypominającego swoją strukturą ceratę, którą zaczęła zbliżać w stronę mojej twarzy. Opakowała mnie tym niczym prezent gwiazdkowy, odsłaniając wolne miejsce tylko w okolicach prawej strony mojej szyi. Moja twarz została całkowicie zakryta nieprzepuszczającym powietrza materiałem, który zasysał się w głąb mojej twarzy z każdą próbą wzięcia przeze mnie oddechu. „Nie mogę oddychać!” zgłosiłam stanowczo fakt, który nie był w żaden sposób do zaakceptowania. Odpowiedź jaką usłyszałam sprawiła, że poważnie zastanowiłam się czy człowiek, od którego właśnie ma zależeć moje zdrowie i życie jest istotą posiadającą minimum wyobraźni i jakiekolwiek przygotowanie do przeprowadzania tego typu procedur. „Musisz wytrzymać, nie odsłonię cię”. Zaczęłam nerwowo poruszać się w próbie zdobycia resztek powietrza. Pielęgniarka asystująca nie mogąc już patrzeć na to co się wyprawia sama wkroczyła do akcji. „Pani Doktor ja podniosę z drugiej strony i zrobię taki mały parawanik, żeby dziewczyna mogła swobodnie oddychać.” Nie usłyszałam odpowiedzi i nie widziałam reakcji, ale zakładam, że kreci wzrok w tym czasie zmierzył pielęgniarkę z pogardą. Na szczęście po chwili do mojej twarzy zaczęło napływać powietrze. Na mój palec został założony pulsykometr monitorujący tętno i saturację. Kiedy już udało mi się złapać oddech bardzo szybko zorientowałam się, że coś tu się nie zgadza, bo skoro zgodnie z wcześniejszymi zapewnieniami Czesi wkłucie miało być podobojczykowe, to dlaczego oba obszary wokół moich obojczyków są również szczelnie zagrodzone medyczną ceratą? „Gdzie będzie zakładane to wkłucie??” zapytałam, wypalając resztki nadziei, że to co właśnie podejrzewam okaże się nieprawdą. „W szyi dziewczyno, w szyi.” Pikacz aparatury wygrywający tempo uderzeń mojego serca zaczął przyspieszać. „Ale jak to? Dlaczego w szyi? Doktor mówiła wyłącznie o wkłuciu podobojczykowym?!” Przez zaciśnięte gardło wydusiłam z siebie te zdania usiłując wyrwać się spod wampirzych szponów. „Pod żadnym obojczykiem nie zakładam, w szyi jest łatwiej, koniec dyskusji.” Nie mogłam pohamować drżenia ciała, które mimowolnie włączyło mi się pod wpływem panicznego strachu. W tym czasie poczułam jak obszar mojej szyi jest smarowany zimnym płynem. Widziałam już wcześniej jak wyglądają igły do zakładania wkłuć centralnych i świadomość, że zaraz na żywca, bez jakiegokolwiek znieczulenia i usg mającego na celu namierzyć żyłę, ten medyczny śrubokręt w rękach ślepawej kobiety ubranej w rzeźniczą plandekę będzie na ślepo wiercił dziurę w głąb mojej szyi spowodował, że zaczęłam panikować. Moje tętno zaczęło jeszcze bardziej przyspieszać, a ciało trząść się niczym galareta na świątecznym stole trącanym co chwila brzuchem przygrubego wujaszka. „Nie telep się tak, bo nie trafię w żyłę…” W trakcie wypowiadania tych słów przez lekarkę poczułam rwąco-przenikający ból, który mimowolnie wyrwał dziki krzyk z moich ust. Nigdy do tej pory nie zdarzało mi się wydać z siebie aż takich dźwięków. Za chwile poczułam jak ostry przyrząd wierci wewnątrz mnie do momentu aż napotyka na opór. Wtedy poczułam, że kobieta wycofuje się z igłą. Po kilku sekundach jednak odczułam ten sam ból ponownie, kiedy wbiła się tuż obok. Niestety znów nie trafiła i ponownie wycofała igłę. Myśląc, że gorzej już być nie może, przy trzeciej próbie wkłucia kobieta trafiła w nerw, o czym zaalarmowało mnie parzące przeszycie bólem wyczuwalne od obojczyka aż po koniuszki palców mojej prawej stopy. Rzuciło całym moim ciałem.. Łzy mimowolnie zaczęły płynąć strugami po mojej twarzy. Pielęgniarka asystująca chwyciła mnie w tym momencie mocno za rękę. Z urządzenia mierzącego moje parametry życiowe zaczęły wydobywać się dziwne dźwięki… „Pani Doktor tętno 220, chyba trzeba się wycofać”. W tym momencie zaczęłam balansować na granicy świadomości, przed oczami pojawiły się dziwne mroczki i nie mogłam złapać oddechu. „Nie skończyłam! Gdybyś się tak nie darła i nie telepała mi tu na stole, byłoby po krzyku.” Kobieta kolejny raz wbiła się w grubą igłą w głąb mojej szyi. Kumulacja bólu jaką wtedy odczułam jest właściwie nie do opisania. Nie chciałam już nawet opuszczać tej sali, poczułam w pewnym momencie, że się poddaje i lepiej jakby to wszystko skończyło się już, tu i teraz… Krótko mówiąc w tamtym momencie liczyłam już tylko, że zejdę na tym stole… Jednak po kilkunastu sekundach dłubania wewnątrz usłyszałam: „Jestem, szyjemy.” Nie pamiętam nawet bólu związanego z przyszywaniem wkłucia, ale pamiętam, krzątaninę kobiety i słowa tuż po: „A kto teraz tą krew wytrze, może mi powiesz? Na salę z nią i wezwij kogoś do sprzątania.” Pielęgniarka, zaczęła ostrożnie rozpakowywać mnie z niebieskiej ceraty. Nadal byłam oszołomiona, a moje serce i oddech nie mogły się uspokoić. Czułam jak całe ciało mi pulsuje. Moja głowa była usztywniona niczym w kołnierzu z drutu kolczastego. Zmasakrowana prawa część szyi nie pozwalała mi na choćby minimalny obrót głowy. Nadal czułam paląco-kłujący ból promieniujący do stopy, który nie zniknął po urażeniu nerwu przez igłę. „Pani Aniu już po wszystkim, spróbujemy powoli się podnieść, pomogę się ubrać, przyprowadzę wózek i pojedziemy na salę.” Nie miałam już siły, ani ochoty na nic… Nadal miałam nadzieję, że może jeszcze coś się wydarzy i po prostu umrę zanim razem z tym bólem i wspomnieniem tego co się stało trafię na salę. Nigdy wcześniej nie czułam podobnego zrezygnowania i nagłej chęci aby po prostu przestać żyć. Nie czułam powodów by dalej znosić to, co ma mnie jeszcze spotkać. Pionizując się z pomocą pielęgniarki poczułam helikopter w głowie. Przed oczami zrobiło mi się ciemno, co za moment ustąpiło. Każdy ruch powodował ból, którego miałam już bardziej niż dość. Posadzono mnie na wózek i dopiero wtedy ujrzałam krajobraz po rzezi… Cały bok łóżka, na którym odbywał się zabieg był we krwi, a na podłodze pokaźnych rozmiarów kałuża. Jak przez mgłę pamiętam też mnóstwo gaz i różnych medycznych odpadów ubrudzonych moją krwią. Obraz rodem z ubojni. Wracając na salę, prowadzona wózkiem przez szpitalne korytarze, oprócz nieludzkiego wycieńczenia przeplatanego bólem, czułam przeklętą pustkę i brak zrozumienia dla tego co właśnie miało miejsce… Gdy wózek zaparkował w mojej sali, salowa przerzuciła mnie na łóżko, po czym bez słowa wyszła zamykając za sobą drzwi.

Minęło parę dni nim ból i skutki wyrzutu resztek adrenaliny zaczęły powoli odpuszczać. Proces adaptacji do nowego wkłucia i ogólny stan związany z przejściami ostatnich dni nie były usłane różami. Dzień po wampirzej rzezi Drakuli dostałam 39 stopni i dreszczy. Jeszcze przez kolejny tydzień wlewano we mnie leki przeciwgorączkowe, ze względu na nawracające epizody wysokiej temperatury. Kiedy infekcja ustąpiła i cała reszta samopoczucia powoli osiągnęła poziom względnej stabilności, zaobserwowałam dziwne poruszenie wokół mojej osoby. Dodatkowe badania krwi, pilne konsultacje i podejrzanie troskliwe pytania o samopoczucie. Czułam, że coś wisi w powietrzu, ale nikt nie podawał konkretów, aż któregoś dnia Czesia przysiadła na moim łóżku. „Pani Aniu czy pani miała kiedykolwiek jakieś problemy ze szpikiem kostnym?” Nie kryłam zaskoczenia w związku z pytaniem odpowiadając przecząco. „Co jeszcze się dzieje Pani doktor?” „Ma Pani bardzo złe wyniki, pani układ odpornościowy praktycznie nie funkcjonuje. Czy miała Pani kiedykolwiek wykonywaną trepanobiopsję?” „Nie, w życiu…” Słyszałam o tym badaniu wcześniej od Oli i wiedząc, że wiąże się ono z kolejnym wierceniem niemałej średnicy otworów w ciele, momentalnie zmroziło mi krew w żyłach. „No nic, zlecę jeszcze jedną konsultację hematologiczną i będziemy obserwować, proszę na razie, nie chodzić za dużo i w miarę możliwości przebywać głównie w sali.” „Kolejne niespodzianki.”, pomyślałam… Ponoć odporność drzemie w jelitach, co faktycznie mogło sugerować, że na problem z tym związany nie przyjdzie mi długo czekać. Zaczęłam nawiązywać świeże znajomości: pancytopenia, leukopenia, małopłytkowość, anemia, niedokrwistość makrocytarna. Nowe koleżanki zaczęły wpadać coraz częściej i dumnie wpisywać się w pamiętniczki moich kart informacyjnych.

Solidnie podłamana ostatnimi wydarzeniami i tym, że nadal nic klarowało się w mojej sprawie, skutkowało tym, że kolejne dni pobytu na oddziale stawały się utrapieniem dla ciała i duszy. Jedyna najbardziej słuszna osoba zdolna poprawić mi humor po raz kolejny nie zawiodła.

dav

Zestaw takich turbo pocieszaczy zaserwowała mi Ola, która sama będąc nieprzerwanie upadlana przez wybryki swojego schorowanego ciała nie zapominała by mnie odwiedzić. Z czasem okazało się, że znów znajdziemy się razem na oddziale. Z jednej strony nie kryłam zadowolenia, że będzie blisko, z drugiej wolałabym usłyszeć, że nigdy już nie będzie zmuszona tu wracać w innej formie niż odwiedziny. Dzięki temu, że pielęgniarki dobrze pamiętały, nasze pierwsze wspólne kolonie, udało się znów znaleźć razem w jednej sali. Masza i Ola. Nie mogłabym wówczas wyobrazić sobie lepszych kompanek w niedoli. Pod względem towarzyskim wszystko się zgadzało, szkoda tylko, że okoliczności nie mogły być bardziej sprzyjające i zamiast na hamakach, dzierżąc egzotyczne drinki w dłoni, słuchając szumu fal i podziwiając przechadzające się po plaży opalone torsy, wylądowałyśmy razem w szpitalnej sali z kapiącymi kroplówkami nad głową i „torsami” do podziwiania w Pamiętnikach z Wakacji na Polsacie… Można by jedynie rzec: Jakie życie, takie Hawaje… Nie zmienia to faktu, że dziewczyny sprawiły, że reszta tego pobytu stała się dużo lżejsza i pozwoliła wynieść nie tylko same negatywne wspomnienia.

Kolejny większy obchód jedynie zahaczył o problem związany z moją alarmującą morfologią, jednak żadne kroki prócz zaprzestania podawania mi pyralginy, (która w niektórych przypadkach może wpływać na szpik) jako środek przeciwbólowy pierwszego rzutu nie zostały poczynione. Zostały jednak zasygnalizowane dwie nowe kwestie, które okazały się mieć niemały wpływ na moją przyszłość zarówno na tym oddziale jak i poza nim, ale o tym podyktuje kolejna cześć mojej historii…

podpis_przezr

43 myśli w temacie “Moja historia cz. XIII W szponach szpitalnej Drakuli.”

  1. Aniu, już drugi dzień „chodziłaś mi” po głowie i martwiłam się przedłużającą się ciszą na blogu. Teraz mam „magiczne” wrażenie, że Cię wywołałam. Tak dobrze się Ciebie czyta, choć niełatwo, bo stale z niedowierzaniem, że jak to.
    Jesteś niezwykłą osobą. Życzę Ci dużo siły!

    Polubienie

  2. Niestety nie zaglądam tu zbyt często i pewnie mnie wiele omija, ale chciałam zapytać czy jest jakaś opcja? Jakaś perspektywa typu cudowny szpital w USA za miliony dolcow który może Cię zbadać i zacząć leczyć? Czy wszystkie opcje zostały już wyczerpane? Wchodzę tu raz na jakiś czas z nadzieją, ze przeczytam ze zdrowiejesz 🙂

    Polubienie

    1. Dziękuję Ewa. Na razie ciągle walczę o możliwość szczegółowej diagnostyki mogącej wpłynąć na dalsze losy mojej choroby, niestety okazuje się to być trudniejsze niż mogłoby się wydawać, ale nie rzucam broni 🙂 Pozdrawiam

      Polubienie

    1. Ogromny podziw i respekt za to ile już przetrwałaś. Zawsze czytam Twoje wpisy z zapartym tchem i czekam na kolejne. 🙂
      To w sumie wszystko, co chciałem tutaj zostawić 😉 Pozdrawiam mocno

      Polubienie

  3. Aniu, ja mam tylko jedno wytłumaczenie dlaczego to wszystko przeżyłaś. 😨
    Jesteś KOBIETĄ! 🙎Kobiety mają jednak większą odporność na ból niż faceci. To dlatego Wy rodzicie dzieci, a nie my.
    Po czymś takim ja na bank byłbym pobudzany elektrowstrząsami⚡, bo bym zszedł. 😄
    Tak na poważnie współczuję tego co przeszłaś. Trudno sobie wyobrazić to wszysyko.
    Z drugiej strony nieudolność anestezjologa powala na kolana. Dziwne, że takie zabiegi robi się bez znieczulenia w pełnej świadomości.
    Wiem, że zabiegi od pasa w górę wykonuje się w znieczuleniu ogólnym tylko pewnie nie tego typu.
    Podziwiam Cię. Chęć życia jest w Tobie ogromną.
    Dzięki za podzielenie się znowu kawałkiem swojego życia. 👍
    Puławy pozdrawiają. 😉

    Polubienie

    1. Jacek dziękuję. Myślę, że każdemu wytrzymałość kształtuje się pod wpływem różnych wydarzeń w życiu. Kiedyś słysząc, że przeżyję coś podobnego byłabym pewna, że nie przetrwam nawet 1/100 tych zdarzeń… Do dziś czasem przychodzą myśli w których zastanawiam się jak wytrzymałam. Każdy kto zostaje pozbawiony wyboru i styka się z traumatycznymi wydarzeniami przechodzi to inaczej ale też każdy odnajduje w sobie różne formy ich przechodzenia, o których wcześniej nawet nie myślał, że istnieją. Co do zabiegów takich i podobnych do tego, który opisałam w tym poście, jak najbardziej używa się różnych form znieczulenia. Dziś za sobą mam już 5 procedur zakładania dostępów żylnych więc mam porównanie i tym bardziej wiem, że prawdziwy profesjonalista wie, że to może nie boleć i ma nie boleć i jak najbardziej da się ten zabieg przeprowadzić w miarę bezboleśnie i w takich warunkach aby pacjent poczuł się bezpiecznie.

      Polubienie

      1. Czyli jednak podczas zabiegu powinnaś być znieczulona? 🙁
        Na pocieszenie opowiem Ci jak znajomy zachował się w podobnej sytuacji.
        Kolega podczas jakiejś pracy rozciął sobie znacznie rękę. Oczywiście jak to w szpitalach bywa odczekał sobie na korytarzu w kałuży krwi słysząc od salowych pretensje że będą musiały to sprzątać i że powinien sobie to jakoś tamować.
        W końcu został przyjęty do chirurga, który ranę obejrzał i stwierdził że musi to szyć, bo jest głęboka. Oczywiście był gburowaty i nieprzyjemny więc kolega nie pozwolił sobie na słowne obrażanie.
        Chirurg przygotował wszystko do szycia i zaczął szyć (pewnie po złości) bez znieczulenia.
        Kolega facet po wojsku w jednostkach specjalnych, więc ból mu nie obcy, ale po wszystkich przykrosciach, które go spotkały na korytarzu miał już dosyć.
        Chirurg dostał takiego strzała w twarz, że na kilka minut stracił przytomność.
        Wezwano ochronę, bo pacjent agresywny.
        Na szczęście pielęgniarka jakaś normalna, która asystowała powiedziała, że pacjent był szyty bez znieczulenia
        i w odruchu bólu uderzył lekarza. Skończyło się na szczęście bez prokuratora.
        Za chwilę znalazło się też znieczulenie, a chirurg który przyszedł skończyć robotę swojego kolegi był bardziej uprzejmy.
        Takie coś powinno spotkać panią anestezjolog, która wykonywała Tobie zabieg.

        Polubienie

  4. Strasznie się denerwowałam czytając Twówj wpis! Co za koszmar przeżyłaś na tym stole. I co z tą babą? Miałaś z nią jeszcze kontakt?
    Dlaczego to wkłucie musi być robione w taki sposób nażywca :(?
    Ściskam!

    Polubienie

    1. Asiu Nie miałam z nią kontaktu, ale po tej sytuacji doszły mnie słuchy, że ta Pani nie ma najlepszego zdania na oddziale, a problem z nią mają nie tylko pacjenci, ale tez reszta szpitalnego personelu. Co do wkłucia to absolutnie nie musi, a wręcz nie powinno być zakładane na żywca, a tym bardziej nie w warunkach opisanych przeze mnie w tym poście. Dziś po pięciokrotnym już zakładaniu dostępów żylnych jestem doskonale świadoma tego, że to czy procedura będzie bolesna i stresująca zależy przede wszystkim od osoby przeprowadzającej zabieg.

      Polubienie

  5. A ja przeżywam jak babcia wojnę, że mnie właśnie dopadła gorączka i nie chce mi się zwlec na nockę do pracy. Jak czytam Twoje teksty naprawdę Ci współczuje, ale też doceniam to co mam. Zdecydowanie masz talent do pisania i mam nadzieję, że jak uporasz się z chorobą to go wykorzystasz. Pozdrawiam

    Polubienie

    1. Dziękuję, miło mi, że moje teksty są dla Ciebie motywacją do doceniania własnego życia, dzięki też, za tak miłe słowa odnośnie mojego pisania. A co do nocki z gorączką to zdecydowanie lepiej spędzać w łóżku niż w pracy 🙂 Pozdrawiam.

      Polubienie

  6. Czyta się świetnie, ale jednocześnie mając świadomość że to Twoja codzienność mrozi krew w żyłach. To jak wygląda służba zdrowia (generalizując, jest wiele świetnych placówek, które na prawdę dbają o pacjentów) jest nie do pomyślenia, każdy przypadek powinien być traktowany indywidualnie i drobiazgowo badany ( pomińmy kwestie wynagrodzeń lekarzy i warunków pracy), chodzi o ludzkie życie i to nie jedno, bo każdy pacjent ma rodzinę i przyjaciół którym bardzo zależny na danej osobie. Lata temu miałam podobną, nieprzyjemną sytuację (na szczęści jednorazową) związaną z pobytem w szpitalu i punkcją lędźwiową (zabieg związany z diagnozą zapalenia opon, guzów mózgu i innych przypadłości neurologicznych). Oddział zakaźny gdzie miałam przeprowadzany szereg badań (do takich zabiegów powinien być wyznaczony gabinet) pamiętał lata 80-te. Punkcja odbyła się w mojej izolatce i przy otwartym oknie, które niestety permanentnie się nie zamykało i pomimo bardzo miłych lekarek było najgorszym szpitalnym doświadczeniem jakie miałam. I tak jak w Twoim przypadku nie podano mi znieczulenia, dlaczego? Po zabiegu przez kilka dni nie byłam w stanie podnieść się do toalety i normalnie funkcjonować bez pomocy pielęgniarek a jedyne posiłki to kroplówki (prawdopodobnie przez infekcję). Jak się później dowiedziałam moje kręgi są bardzo ciasno ułożone i utrudniają zabieg (którego limit to 3 nakłucia, miałam ich 8). I teraz się zastanawiam czy te standardy są coś warte? Tak jak w twoim przypadku wykonanie zabiegu jest ważniejsze od bezpieczeństwa pacjenta. Czy ryzyko infekcji jest tego warte? Mniemam iż jest kolosalna różnica między leczeniem się prywatnie i na kasę chorych ale zdrowie nie powinno powinno być towarem. Czytanie tego i doświadczanie takich sytuacji po prostu boli. Na prawdę życzę Ci zdrowia i wsparcia z każdej strony, Jesteś silna i pokazujesz, że można stawiać czoła przeciwnościom. Takich wzorów potrzebujemy:)

    Polubienie

    1. Dziękuję Ci za komentarz. Co do punkcji lędźwiowej to bardzo mi przykro, że przeszłaś ją w taki sposób, sama również miałam to nieszczęście ją przechodzić i doskonale pamiętam zarówno ból związany z zabiegiem jak i zespół popunkcyjny… tym bardziej współczuje jeśli u Ciebie zabieg skończył się komplikacjami. Co do tych świetnych placówek to naprawdę nie jest o nie tak łatwo i w mojej karierze zetknęłam się dopiero z taką jedną, po czym mogłam zaobserwować różnicę chociażby właśnie w zakładaniu dostępów żylnych, dowiadując się, że to wcale nie musi być traumatyczne przeżycie. Szeroki zakres badań i usług medycznych jest dostępny głównie w publicznych szpitalach, gdzie opieka jest często bardzo różna…, a na w pełni prywatne leczenie (które też nie zawsze jest akurat takie lepsze i bezproblemowe) niestety nie każdy może sobie pozwolić…
      Dzięki za słowa wsparcia i otuchy. Pozdrawiam.

      Polubienie

  7. Twoje zdjecie na insta przywolalo wiele wspomnien z kolezankami CU i wkluciem centralnym 🙂 Zywienie pozajelitowe oczywiscie mnie nie ominelo. Dzisiaj po tych przygodach mam trzy male blizny na szyi, pociachany brzuch i uksztaltowany charakter. Ty opowiadasz o tym w taki sposob ze czytam to z usmiechem, mimo ze nie chcialbym tego powtorzyc. Gratuluje poczucia humoru!

    Polubienie

  8. Żadnego twojego zdjecia w tym blogu ? jestem szczerze zawiedziony taka laska i zadnej fotki:( 😉 Nie gniewaj sie Anka za ten komentarz , ale staram sie nie pisac do ciebie jakie to straszne rzeczy cie spotykaja i ze ci wspolczuje… uwazam ze w niczym ci takim gadaniem nie pomoge, ale wiedz ze pamietam i mysle o tobie gdy dlugo nie ma nic na blogu.

    Polubienie

      1. Dopiero teraz to zobaczylem bo jak wchodze z powiadomienia emaila to mi tego nie wyswietla tylko sam wpis, o ja pierd… konkretnie.

        Polubienie

  9. Ech… Ja się czasem zastanawiam kto jest gorzej traktowany w tym kraju- bydło w ubojni czy pacjent w szpitalu. Czujesz się fatalnie, nie radzisz sobie, zgłaszasz się po pomoc i bardzo często jesteś zwyczajnie zbywany mimo bardzo poważnego stanu (patrz choćby Twoje przejścia w poprzednich szpitalach). Jeśli już ci się cholernie przyfarci i tą pomoc z łaski dostaniesz to też nie możesz czuć się bezpiecznie i ufać, że personel medyczny a) wie co robi b) godnie się tobą zaopiekuje. O podpunkcie c) postara się o to żeby cierpienie pacjenta było możliwie jak najmniejsze, nawet nie wspomnę, bo o tym można sobie jedynie pomarzyć. Trzeba mieć supermoce i mega twardy tyłek żeby walczyć jednocześnie z chorobą i znosić ten cały chory system. Dobrze, że miałaś kontakt do Litościwej Czesi, bo aż strach pomyśleć co by było gdybyś została pozostawiona jeszcze bardziej sama sobie (a tak niestety nawet w bardzo poważnych przypadkach bywa i Ty na pewno doskonale o tym wiesz). Życzę ogromu supermocy i tyłka jak z kamienia- przyda się 😉 😛

    Polubienie

    1. To co piszesz to niestety smutna prawda… ludzie potrafią ludziom stwarzać piekło nawet w takich miejscach gdzie człowiek zwraca się po pomoc i ratowanie życia i zdrowia i tym bardziej powinien zaznać opieki, która pomoże mu to przetrwać również psychicznie… Pojedyncze przypadki jak Czesia i kilku innych dobrych lekarzy na których trafiłam to prawdziwe diamenty, o których warto wspominać jak najczęściej.
      Dziękuję za pokrzepiające słowa 🙂

      Polubienie

  10. Od dłuższego czasu Cię obserwuje a zarazem podziwiam! Przeszłas tyle,, że niejedna by się poddała.
    Ale z całego serca życzę Ci by nie dopadła Cię maloplytkowosc., ja walczę z nią już 25 lat. Jest małpa zawzieta_ ale w końcu wygrałam i mam nadzieję że Tobie też się uda!!
    Trzymam kciuki!

    Polubienie

  11. Trzynastka w tytule od razu skojarzyła mi się z „XIII Księgą Pana Tadeusza”. Ale się rozczarowałem. Do Pana Tadeusza jednak troszkę zabrakło. Krwi jest pod dostatkiem ale ciut za mało seksu! Sorry z góry za ten super płaski dowcip. Ale wiem, że poczucie humory jest u Ciebie na wysokim poziomie, a moje durnowate niekiedy kawały też już znasz. Podziwiam Twoją silną wolę i hart ducha. Jesteś Super Dziewczyną. Ja i zapewne wielu internautów czekamy na ciąg dalszy. Życzę zdrowia i natchnienia do dalszego pisania. Pozdrawiam.

    Polubienie

    1. Dziękuję Piotr, do Pana Tadeusza z pewnością mi daleko i przypuszczam, że nawet mi tam nie po drodze 🙂 W każdym razie moja historia chcąc nie chcąc sprzyja nie odpuszczaniu budowania napięcia, więc oprócz krwi z pewnością nie zabraknie jeszcze innych równie emocjonujących wątków 🙂 🙂 Dzięki za budujące i wspierające słowa. Pozdrawiam serdecznie.

      Polubienie

  12. Aniu, tak mi przykro … ja tez miałam wątpliwa przyjemność posiadania wkłucia centralnego i również miałam je zakładane na ,,żywca”. U mnie trochę inna historia bo nie było czasu na znieczulenia… Mam nadzieję, że u Ciebie już trochę lepiej. Podziwiam Cię za hart ducha, za siłę, którą masz w sobie mimo przeciwności losu, za poczucie humoru, za to, ze będąc w ciężkiej sytuacji potrafisz podnieść na duchu innych … Mnie podniosłaś. Trzymam za Ciebie mocno kciuki.

    Polubienie

  13. Jesteś dzielną dziewczyną ❤
    Tak sobie myślę, a może nagrałabyś kiedyś filmik, jak wygląda twoje codzienne życie, jak przygotowujesz swoje "przybory" do codziennego funkcjonowania 😉

    Polubienie

  14. „Medical horror”. To określenie przyszło mi do głowy po 2-3 pierwszych wpisach. Teraz znów powraca, zupełnie w konwencji klasyki thrillerów, kiedy bohaterowie są zasadniczo wybawieni, ale w bezpiecznej ostoi koszmar powraca.

    To wszystko jest tak surrealistycznie straszne, że jedyny (publicznie) pozytywny aspekt o jakim mogę pomyśleć, to że pokazujesz wszystkim, że nawet z takiej sytuacji można próbować wybrnąć i jakoś przetrwać.

    Dziękuję Ci, za trud i za opisywanie tego wszystkiego i życzę jak najlepiej.

    Polubienie

  15. Ja pierdziu, czytam na telefonie i w napięciu prawie wycisnęłam z niego soki! Palce mi zdrętwiały! Lekarka-sadystka, brak mi słów.
    Mam nadzieję, że próby poddania się badaniom na które była zbiórka, a o które ciągle walczysz jak czytam w komentarzach przyniosą w końcu pozytywny efekt! Czytając uświadomiłam sobie, jakie to wielkie szczęście moc zjeść to, na co ma się ochotę. Przeleciałam mój jadłospis z ostatnich kilku dni… Nie, nie wyobrażam sobie jak to jest funkcjonować bez tego. Mam nadzieję, że tęgie głowy tego świata znajdą na to Twoje paskudztwo lekarstwo! Zdrówka i cóż… Samych miłych i troskliwych lekarzy na drodze!

    Polubienie

  16. Zaglądam od dłuższego czasu. Czytam regularnie. Jednak fragment z wkłuciem pominąłem (zaledwie omiotłem wzrokiem), bo wiedziałem czego mogę się spodziewać. Piszesz tak sugestywnie, tak mocno, że to się czuje na własnej skórze. Jeżeli wyobraźnia nie daje rady, to jak ty dawałaś sobie z tym radę? Dla mnie nie do pojęcia. Pozdrawiam ze szczerego serca.

    Polubienie

  17. Jak czytam twoje wpisy to czuję jakbym rozmawiala z przyjaciółką:* Twój styl pisana, przekazywania emocji jest super! Ogromny talent!
    Przez długi czas przeżywam przeczytany tekst, nie mogę jeść i dojść do siebie. Życie jest takie niesprawiedliwe….ludzie okrutni. Podziwiam Cię z całego serca i wierzę że wszystko będzie dobrze. Ta historia musi skończyć sie happy endem!

    Polubienie

  18. Aniu a dla mnie kluczowa sprawa to pochodzenie Twojej przypadłości. Skupiałam się na tym? Nie można się sądzić ze szpitalem? Może ktoś kto byl przy prostowaniu przegrody nosowej u Ciebie puści parę z ust? Mam wrażenie ze jest w tym kraju kilka osób które mogą wiedzieć od czego się to zaczęło…

    Polubienie

  19. Aniu, bardzo Ci kibicuje!, sama mam problemy z przewodem pokarmowym, nie tak straszne (hmm pewnie jeszcze .. ??) ale też nie mogę normalnie funkcjonować, wysłałam do Ciebie już jakiś czas temu maila dokładnie miałam pytanie odnośnie manometrii, czy mogłabym liczyć na Twoją odpowiedź ? bardzo mi na tym zależy. Pozdrawiam Cię serdecznie i proszę trzymaj się i NIE DAJ SIĘ !!!

    Polubienie

  20. Aniu… Ten opis zabiegu wkłucia centralnego. Makabra! Tak czytam, czytam (przez syntezator bo żem ślepy jak kret i nawet opcja powiększania strony do 200% niewiele daje przy tak dużej ilości tekstu który mi się zlewa w oczach) i jedyne słowa jakie się cisną to „Kurw@ Mać!” Opis jak z jakiegoś psychodelicznego filmu typu „horror gore”. To straszne co przeżyłaś! Po prostu brak słów by to opisać w komentarzu. I wiem co czujesz. Moja mama która się opiekuję też trafiła na lekarzy sadystów i rzeźników. Widocznie to już norma. Ja osobiście mam bransoletkę z opisem, że jak przydarzy mi się jakiś poważny wypadek (często podłażę pod samochody z powodu fatalnego wzroku) to niech potną mnie na części zamienne dla potrzebujących a nie ratują. Ja szpitali unikam jak tylko mogę. 3maj się! I walcz! Pozdrawiam!

    Polubienie

  21. Aniu, trafiłam do Ciebie poprzez artykuł #Zwykliniezwykli. Jesteś niesamowitą osobą, silną w tym wszystkim. Pokazujesz nam, którzy nie borykamy się z tak poważnymi chorobami, jacy jesteśmy maluczcy! Dziękuję że jesteś! Będę tu wpadać i Ci kibicować!

    P.S.
    to, czego dopuściła się ta pani ansatezjolog, powinno być karane!!

    Polubienie

  22. Aniu, myślę że nie tylko mnie interesuję to czy będzie jakaś kolejna część Twojej historii, a może coś z aktualnej sytuacji. Co się u Ciebie dzieję?

    Polubienie

  23. Aniu czytam to wszystko i aż mi ciarki po plecach przechodzą… Sama zmagam się z dużymi problemami z przewodem pokarmowym, lekarze zgadzają się co do tego, że mam bardzo skopaną motorykę żołądka i jelit, ale całe szczęście nie jest tak źle jak u Ciebie. Peptameny, Resource i inne miksy wchodzą przy prokinetykach więc jest moc 😛 Łażę od drzwi do drzwi szukając pomocy, a ponieważ mam ogólne objawy uszkodzenia autonomicznego trafiłam na tą stronę http://www.dysautonomiainternational.org/ i inne w tym temacie fora na facebooku. Protokół Nemechecka, zespół MALS, zespół tętnicy krężkowej górnej- SMA, zespół dziadka do orzechów, MCAS- zespół aktywacji komórek tucznych. Takie tematy zgłębiam w związku z moimi problemami z motoryką, oczywiście za granicą, bo w Polsce nic nie wiedzą. Może u Ciebie to też będzie jakiś kierunek diagnostyczny. Zapewne masz dość już cudownych dobrych rad, które na pewno cię uzdrowią i pewnie moja też się do nich zaliczy, ale postanowiłam napisać bo a nuż. Życzę zdrowia i oby leczenie, na które zbierasz okazało się możliwe i oby pomogło, a jak nie to oby pojawiła się inna opcja. Toż to przecież gdzieś musi być jakieś rozwiązanie inne niż kabelek do serca. Ściskam.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s