Nie oczekuję cudu. Wystarczy być człowiekiem.

Dziś zamiast kolejnej odsłony mojej historii postanowiłam napisać coś bardziej aktualnego, coś co w pewnym sensie może stanowić pewien kontrast do pozostałych wpisów tego bloga, ale coś o czym nie sposób nie powiedzieć, przejść obojętnie, przemilczeć. Temat jest dla mnie wyjątkowo ważny bo dotyka zarówno sfer mojej codzienności, a także odnosi się do kwestii ogólnoludzkich i co najważniejsze budzi resztki wiary w człowieczeństwo, wiary, która we mnie niejednokrotnie upadała. Ten wpis mógłby z powodzeniem zaczekać na swoją kolej w cyklu moja historia, ale nie chcąc odwlekać tej kwestii i starając się wykrzesać tu odrobinę własnych przemyśleń i konkluzji, mam nadzieję uda mi się stworzyć go bardziej uniwersalnym.

Wielokrotnie się słyszy o tym jak dany zawód stoi za szeregiem ocen i opinii, np. że nie docenia się nauczycieli, informatycy noszą flanelowe koszule, urzędnicy cały dzień piją kawę, pielęgniarki to słabo opłacane anioły, a górnicy mają najciężej. Ile zawodów tyle uogólnień i generalizacji, zarówno w pozytywną jak i negatywną stronę. Nie wiem czy to tylko ja, czy inni też czasem to czują, że ta silna identyfikacja z zawodem i związane z nią ocenianie jest stosowane trochę na wyrost, a czasem wręcz wieje niepotrzebnym patosem. Często widzi się lub próbuję pokazać jednostkę przez pryzmat jakiejś większości, a więc jako jedną z nauczycielek, pielęgniarek, jednego z mechaników, lekarzy, dentystów, fryzjerów… Mawia się czasem: „Bo w tym zawodzie jest tak i tak. Mam wrażenie, że niektórzy sami sprzyjają wrzucaniu siebie do zawodowego wora, gdy wykonując jakiś zawód bardzo łatwo przychodzi im wypowiadanie się w imieniu wszystkich pozostałych, nawet jeśli dopiero zaczęli pracować. Łatwo przypisują sobie zasługi ogółu i stanowczo przeciwstawiają się niepochlebnym opiniom krzycząco uznając je za dyskryminacje i nietolerancję. Zawodów związanych z medycyną i służbą zdrowia to też nie omija. A co gdybyśmy sobie przypomnieli, że za każdym z tych fachów stoi po prostu pojedynczy człowiek? Gdyby tak zacząć od siebie i pokazywać jak coś robię ja, a nie bliżej nieokreślony ogół? Nie mówię o pomijaniu schematów i standardów w danym zawodzie, które w pewnym stopniu formują lub deformują pewne aspekty własnego ja i kreują wzorce zachowań. Ale każdy oprócz fachu jest nadal człowiekiem i służy drugiemu człowiekowi. Każdy odpowiada za siebie, i jeśli robi coś źle czy dobrze to zbiera na własne konto. Opinie o osobach wykonujących dane zawody nie biorą się znikąd, tylko z tego, że ludzie spotykają innych ludzi i oceniają. Tak niestety jest w życiu. Kilka razy zdarzało mi się usłyszeć od osób pracujących w służbie zdrowia, że jest im głupio za swoich kolegów i koleżanki z powodu tego co mnie spotkało. Próbowali mnie jakby za nich przepraszać. Nie lubię tego słuchać bo jeżeli mam do czynienia z daną osobą, która rozumie sytuację, nie powiela pewnych błędów i nie dokłada nowych, to naprawdę mi to wystarcza i nie oczekuje przeprosin za resztę, która nawaliła.

Choć może wielu z Was czytając moje wpisy odniosło wrażenie, że lekarze to banda statystów bez uczuć, to chcę zaznaczyć, że nigdy nie wypowiadam się w ramach ogółu, a po prostu opisuje fakty z mojego życia i konkretne przypadki. Dlatego w tym poście również opiszę kilka bardzo konkretnych przypadków, które może wpłyną na trochę mniejsze doszukiwanie się w moich wpisach uogólnień i szufladkowania.

Odkąd opuściłam szpitale i wyszłam z żywieniem pozajelitowym do domu poczułam i doświadczyłam dość mocno, że ciężar mojej choroby spoczywa głównie na mnie samej. Wiedziałam, że nawet zwykła infekcja, przeziębienie czy katar mogą stanowić problem niemały i albo znów wyląduję dupą na szpitalnej pryczy, albo będę grać w pozory i stosować sztuczki samoratunkowe w zaciszu własnych pieleszy… Mój instynkt samozachowawczy zawsze oceniałam nienajgorzej. Już wiele razy samodzielnie ratowałam się przed zagładą. Są jednak takie sytuacje, kiedy nawet bycie sułtanką amolu i cesarzową inhalacji nie wystarcza i ewidentnie przydałby się magik wyższy stopniem. W moim przewlekłym chorowaniu nieraz przychodzi taki moment kiedy jestem za mało chora na szpital, a za bardzo utrapiona syfem, by móc ze spokojem dalej toczyć się we względnej stabilności. Wtedy też szybko okazuje się, że aby zasłużyć na chociażby podstawową pomoc, trzeba mieścić się w pewnych ramach, z których zazwyczaj wypadam już na starcie po zasłyszanym „ Ahh bo Pani nie może brać leków doustnie…” No i bingo! Mamy to! Wtedy już wiem, ze zwykłym bólem, upadłą odpornością, anemią, zatokami, grypą, alergią, skręconą kostka, bakterią w sikach, pękniętym żebrem, niesfornym jajnikiem, migreną, osteoporozą, i różnymi kwiatkami związanymi lub niezwiązanymi z chorobą podstawową idę dalej bujać się sama.

sułtanka

Każdy przecież czasem musi odwiedzić lekarza, ale najpierw często idzie do apteki i pani farmaceutka wyciąga spod lady kolorowe pudełeczka jeszcze bardziej kolorowych drażetek. To na ból głowy, to na katar, to na stawy, zespół niespokojnych nóg, czy nadmiar wody w organizmie… Nie zamierzam tu prawić o zasadności łykania na potęgę wszelkich supli aptecznych, ale nie od dziś wiemy, że już nawet niektóre bezreceptowe farmaceutyki witaminowe, przeciwzapalne, przeciwbólowe czy przeciwirusowe wspomagają szybciej i sprawniej wygrzebać się z plebejskich dolegliwości. Są też domowe sposoby babuleniek jak czosnki, napary z piołunów czy syropy z cebuli. I fajnie, bierzcie i jedzcie z tego wszyscy…Tylko nie ja. I niby niektórzy rozumieją, i nawet trochę współczują, a za chwilę gestem rozłożonych rąk wskazują mi drzwi lub wypisują receptę na tabletki, którą z powodzeniem mogę zacząć rozpalać w piecu. I tak oto po wyjściu ze szpitala gimnastykując się by nie trafić tam ponownie, kiedy widziałam, że ze swoim samopoczuciem nie daję rady sama, zaczynałam od lekarza pierwszego kontaktu, aż po prywatne grubo opłacane wizyty, gdzie jednogłośnie powtarzała się mniej lub bardziej podobna śpiewka: „Jest Pani w dobrych rękach. Spokojnie, dopiero poniżej takich wartości białych krwinek umiera się z powodu zakażeń oportunistycznych, to już chyba taka Pani norma. Proszę obserwować!”. I tak obserwowałam, aż po roku na wolności trafiłam na półroczne last minute z kwiecistą sepsą i innymi all inclusive powikłaniami infekcyjnymi w gratisie. Wtedy najdotkliwiej odczułam, że będąc niestandardowym pacjentem, nawet w najprostszych sprawach nie mam pomocy znikąd. Kiedy już cudem przeżyłam dwie mordercze posocznice i całą resztę okolicznościowego syfu, naprawdę bałam się każdego kolejnego dnia.

Kiedyś całkiem przypadkiem, między ploteczkami o miłosnych dramach w rozmowie z koleżanką padł temat pakietów medycznych, takich jak miewają czasem normalni ludzie pracujący w korpo lub większych zakładach pracy. Już od jakiegoś czasu miałam możliwość podłączenia się pod coś takiego, bo osoba z mojej rodziny rozszerzyła swój pakiet i mogła mnie tam dodać, ale początkowo machnęłam na to ręką. Tym razem temat do mnie wrócił i koleżanka namawiała bym zastanowiła się nad tym ponownie. Na początku się wzbraniałam. Nie uśmiechało mi się co miesiąc płacić niemałą dla mnie stawkę z polskiej renty, tylko po to żeby znów odbijać się od drzwi słysząc w kółko, że obserwujmy. Miałam dość kolejnych frustrujących wizyt lekarskich, gdzie po raz enty rozkładam wszystkie tomy mojej papierologii i dyktuję uproszczoną regułkę tego jakim odmieńcem jestem, po czym dokładam w pamięci do kolekcji kolejny slajd z miną reakcyjną, a następnie mogę już spokojnie robić plebiscyt na najbardziej wyrafinowane zdziwko wypisane na twarzy. Koleżanka jednak była nieugięta w swoich namowach, bo kto inny jak nie ja potrzebuje takiej stałej bazy z ogólną opieką lekarską. Ostatecznie przekonał mnie tylko jeden żelazny argument. Badania laboratoryjne, które muszę robić regularnie mogłam wówczas wykonywać w ramach pakietu i po przeliczeniu kosztów okazało się, że będę parę zeta do przodu. Pieniądz niewydany, pieniądz zarobiony pomyślałam, więc co mi szkodzi. Idę w to! Wtedy nawet nie podejrzewałam, że ta decyzja będzie niemalże jak szczęśliwy los na loterii.

Bo jak inaczej nazwać to, że w jednym miejscu spotykam ludzi, którzy widząc mnie pierwszy raz, mają chęci i czas poznać moją historię, nie przewracają ze zdziwienia oczami i nie odsyłają mnie na Marsa, ale na miarę swoich możliwości robią co mogą i dają wszystko w zasięgu swojego podwórka aby pomóc, wesprzeć i dać przynajmniej minimum oparcia w tej całej popapranej gehennie. I pomyślicie teraz, że może znalazłam cudotwórców, wybitnych habilitowanych doktorów, profesorów, naukowców medycyny nuklearnej, czy innych medycznych magików, którzy studiują i skanują mój przypadek wzdłuż i wszerz rzucając niczym asami z rękawa możliwościami terapii i leczenia mojej choroby. No nie, nie mówię tu o cudach wiankach czy metodach rodem z NASA, ale o prawdziwych dobrych ludziach, chętnych pomocy, którzy nie traktują swojej pracy jak kary, nie udają, że próbują pomóc, ale tym co robią dla drugiego człowieka pokazują co dla nich oznacza i co dla każdego powinno oznaczać bycie lekarzem. Pokazują, że identyfikacja z zawodem to nie puste książkowe frazesy, nie krzykactwo w ramach ogółu czy schematyczne traktowanie, ale mądre i uczciwe działanie, indywidualność, empatia, i oddanie temu co się robi, tak zwyczajnie, bez fanfarów i fejmów.

Od początku mojego chorowania, czasem słyszałam i nadal zdarza mi się słyszeć: „Ty nie chodź po tych zwykłych lokalnych konowałach, ty musisz jakiegoś porządnego profesora odwiedzić, specjalistę wybitnego fachowca, z dużego miasta. Ten jest najlepszy na całą Polskę, napisał tyle książek, tyle się o nim mówi, tam się wyleczysz…” Warto więc przypomnieć, że ja wyszłam ze stołecznych oddziałów od najlepszych VIPów świata medycyny w tym kraju, specjalistów i konsultantów międzynarodowych. Leżałam u nich na oddziałach. To oni rozkładali nade mną ręce i jak myślicie, czy obchodzi ich to co dzieje się ze mną dziś? Nie sztuką jest pofatygować swoją zajebistość zerkając na dany przypadek, racząc go swoją ekspercką opinią. Sztuką jest pomóc pacjentowi tu i teraz, praktycznie i doraźnie, zrobić to co realne, a nie dyskutować o niemożliwym, bo co więcej można przy chorobie przewlekłej, na którą od lat nie znaleziono rozwiązania?

Aby nie zostać posądzona o jakąś chorą propagandę czy reklamę daruję sobie zarówno nazwiska lekarzy, czy nazwę centrum medycznego, bo naprawdę nie o miejsca czy tytuły w tym wszystkim się rozchodzi.

O jednym z tych złotych ludzi nadmieniłam już kiedyś w poście „Z głową w górach…”. Diamentowy Szef. [Panie Doktorze, naprawdę nie wiem czy życzyłby Pan sobie przywoływania swoich personaliów na moim marnym blogu, dlatego dałam Panu w moim odczuciu najlepszą ksywę jaką udało się zrodzić w mojej lichej czaszkowej pustce… Wiem, że jeżeli jakimś cudem Pan to przeczyta, to zrozumie. 🙂 ]

Nie noszę mu bombonierek, flaszek, czy kwiatków. Wydaje mi się to zwyczajnie żałosne. Noszę jednak w sobie nieustanne poczucie, że w tym szczególnym przypadku zwykłe dziękuję to zawsze za mało. Chciałabym aby ten post w jakiejkolwiek formie był ukłonem w Jego stronę, choć wiem, że gdybym nawet połamała tu tysiąc piór i nagimnastykowała się jak Chodakowska skalpelem nad tym tekstem, to nigdy już nie odwdzięczę się za to dobro, które dostałam.

Cześć Ania, z czym dziś walczymy?” Słyszę to już któryś raz gdy po chamsku z buta i bez umawiania się pozwalam sobie zajrzeć do Jego gabinetu, do którego drzwi są zawsze otwarte. Gdy pierwszy raz przypadkiem trafiłam do niego na wizytę, też nie byłam wcześniej umówiona, a on nie miał kompletnie czasu. „Spieszę się, co tam kto chce?” „Jakaś Pani przyszła, bo musi wykonać badanie, na które doktor rodzinna nie wydała skierowania” Rozbiega się głos sekretarki na zapleczu. „Przyjmie Pan Doktor czy odesłać?” „Przyjmę.” To był ten czas kiedy ledwo co wyszłam ze szpitala, umęczona po sepsach, po wypadku ze złamaną kością ogonową, chorym pęcherzem, ledwo żywa… Chodziłam z tym bolącym, złamanym tyłkiem, i odbijałam się od drzwi do drzwi gabinetów po skierowanie na tomograf, który jako jedyny stanowiłby wystarczający dowód dla ubezpieczalni do wypłaty odszkodowania. Będąc wcześniej już kilka razy odesłana z kwitkiem nie liczyłam kompletnie na nic. Za moment z zaplecza wyłonił się mężczyzna z widoczną niepełnosprawnością utrudniającą poruszanie się. Widziałam go już nieraz w tej przychodni, nigdy nie miał białego fartucha, kiedyś nawet pomyślałam, że sam jest tutejszym pacjentem. Po chwili jednak okazało się, że to on prosi mnie do gabinetu. Zostałam poproszona o papiery. Zapoznał się z dokumentacją, zobaczył port do żywienia, karty szpitalne zapytał jak się to wszystko zaczęło. Opowiedziałam od nowa jak każdemu w skrócie moją historię. Pierwsze co ujrzałam to nie mina zdziwienia, ale złość na to co zrobili ze mną lekarze, że mnie zostawili, kazali szukać gdzie indziej, byle nie u nich. „ Skurwysyństwo, w tak ostro przejebanym przypadku. Tobie trzeba pomóc, a nie zostawiać na radź se sama”. To była jego pierwsza reakcja, zgoła inna niż wszystkie, z którymi przyszło mi się do tej pory spotkać. Po chwili jednak temat zaczął skręcać z mojej osoby. Powiedział mi, że też ma się czym pochwalić, bo nie dość, że zasiada jak to sam określił „na rydwanie”, to na dodatek aktualnie miał nogę w gipsie. Pośmialiśmy się nawet trochę ze swoich żałosnych kolekcji porażek zdrowotnych. Również podzielił się ze mną kawałkiem swojego życia, mówił o tym co zdobył ciężką pracą: dyplomy, zasługi, szanowane stanowiska, dobre zarobki. A potem powiedział o tym czego nie udało mu się osiągnąć, w życiu, poza pracą, bo pewnego dnia wydarzył się wypadek… Jego słowa przeszyły mnie do szpiku kości. Mimo odmienności naszych sytuacji doskonale wiedziałam co to znaczy, gdy nagle wykoleja się całe Twoje życie. Przypomniałam sobie wtedy o wszystkim co sama straciłam, o zatopionych szansach, marzeniach i planach. Z drugiej strony ujrzałam przeogromną siłę i najlepszy przykład dla siebie samej, jak wiele jeszcze można, mimo tego co się bezpowrotnie utraciło. Pierwszy raz w życiu uczestniczyłam w tak wyjątkowej wizycie lekarskiej, i tak życiowej rozmowie jednocześnie, poznając historię osoby, która siedzi po drugiej stronie. Nie przyszłam do lekarza-pionka po kolejne obserwacje i wywracanie oczami. Przyszłam do człowieka, czułam interakcję i to, że nie mówię do ściany, mimo że nie było w tym wszystkim zbędnego biadolenia i przynudzania, same uderzające fakty z życia i konkrety dotyczące tego co możemy poradzić tu i teraz… Z miejsca dostałam wszelkie potrzebne dokumenty. „Przyjdź jutro, po badaniach, o 13, zobaczymy co jeszcze da się zrobić”. Od tamtej pory zawsze mówił do mnie „na ty”, co było cholernie miłe, ale sama nigdy nie odważyłabym się tego samego w Jego stronę. Nawet nie ze względu na wiek, czy zajmowane stanowisko, ale to jak wielkim szacunkiem Go darzę. Wyrafinowane poczucie humoru, bezogródkowe soczyste bluzgi, zawsze perfekcyjnie i w punkt dobrane stały się mini terapią każdego razu, gdy miałam okazję rozmowy z Diamentowym Szefem. Już wiele razy jednym wypowiedzianym zdaniem potrafił zrobić mi cały dzień.

mordeczka

Lekarz-patolog to oczywiście żart, ale nie bez powodu mówi się, że ten, kto wie kiedy i jak przekląć ma głowę na karku, a przede wszystkim na pewno nie bawi się w serdeczną hipokryzje i fałsz, tylko po to by wydawać się poprawnym. Szanuję go nie tyle za sam fakt bycia lekarzem, ale za to kim jest i jakim jest człowiekiem oraz za to, jak całkiem bezinteresownie tak wiele dla mnie zrobił, choć jestem dla niego zupełnie obcą osobą, jednym z tysiąca pacjentów, z którymi miewa do czynienia każdego dnia w swojej pracy, a do tego pacjentem, który wraca jak bumerang, nie jest szablonowy i wymaga nieraz ostrych kombinacji i odejścia od utartych schematów. Od tamtej pory wiem, że zawsze jeśli mam jakiś problem, z umówieniem się na wizyty lekarskie, z wykonaniem badań, gdy przypałętają mi się okolicznościowe zdrowotne problemy, on nigdy nie zostawia mnie z tym samej. Nigdy nie odmawia, nie udaje, że pomaga rzucając słowa na wiatr, czy proponując rozwiązania nieadekwatne do tego czego wymaga moja sytuacja, z czym niestety bardzo często spotykałam się wcześniej. I tym sposobem mogę powiedzieć, że w końcu, po latach  w chorobie mam prawdziwego lekarza prowadzącego. Kogoś, kto jest w tym wszystkim wsparciem realnym, a nie tylko zapisem na papierze. Nie od dziś wiem, że jestem człowiekiem demolką i poza całym niecodziennym szambem, w którym pływam, wydarzają mi się oboczne niestworzone sytuacje. Ostatnio nawet wrośnięty i obleśnie, acz boleśnie obrastający dziką tkanką paznokieć u stopy, na miejscu Diamentowy załatwił mi w zabiegowym od ręki szybkim cięciem i odpowiednią dawką znieczulenia, żebym nie zsikała się w majtki z bólu. Zorganizował mi opiekę wielospecjalistyczną, leczenie mojego przewlekającego się zapalenia pęcherza, którego nie pozbyli się nawet w szpitalu wlewając we mnie dziesiątki litrów antybiotyków, a dzięki zorganizowanemu przez Niego i współpracujących lekarzy leczeniu już od prawie roku infekcja do mnie nie wróciła. Po raz pierwszy w mojej marnej chorobowej karierze, zobaczyłam, że coś działa, że idzie do przodu, że nie chodzę do lekarza na marne. Może pomyślicie sobie, że to, że sam przeszedł w życiu tragedię sprawiło, że inaczej podchodzi do życia. Może, a może po prostu i tak zwyczajnie jest dobrym człowiekiem i robienie dobra jest dla niego codziennością?

Na mojej chorobowej drodze spotkałam kolejnych dwóch lekarzy, którzy sprawili, że zaczęłam widzieć światełko w tunelu. Pani Doktor zakaźnik, która poważnie usiadła nad moją infekcją wirusem EBV, koncertowo zlaną ciepłym moczem w szpitalu, gdzie ja zadając jedno pytanie na ten temat zostałam uznana za roszczeniową wariatkę bo wymagam BUK wie czego bo: „Przecież każdy przechodzi to zakażenie„. Spoko tylko nie każdy przez to wypaca w pierzyny i materac łóżka hektolitry potu, dostaje 41 stopni niezbijalnej gorączki, traci przytomność i kolejne kilogramy i ledwie jest w stanie przejść 3 metry do kibla przez długie tygodnie… Złocista Hanna, która skrupulatnie zapisując na mini karteczkach sprawy i badania dla mnie przewidziane chowała je w swój pokrowiec po okularach mówiąc: „Chowam Panią tutaj, bo tu zawsze zaglądam, każdego dnia po kilka razy i stąd nic nie ginie, tu są same najważniejsze sprawy” Sama z siebie dzwoni, pyta, doprowadza moje kwestie do końca. I z czego to wynika, że ona może, a dziesiątki innych wcześniej już nie?

Kiedyś też przyszedł taki czas, że odwiedziłam ginekologa z pakietu medycznego, jakoś nigdy nie miałam do końca zaufania do tej specjalności, bo zwykle pierwsze co słyszałam od ginów zarówno przed jak i już w trakcie mojej choroby, jako recepta na wszelkie moje problemy tej natury to: „Proszę zajść w ciąże!” W ogóle nie bardzo rozumiem jak można sugerować trybem rozkazującym kobiecie taki krok!? W odpowiedź może powinno się pytać, „A weźmie doktor potem rodzicielski? Przyjdzie przewijać, karmić, lulać i wychowywać? Opłaci żłobki i szkoły?” Tym razem jednak było inaczej. Po tym jak znów wyrecytowałam skrót mojego życiorysu, zapadło kila sekund ciszy… Po chwili Majsterski Serafin, ani na chwilę nie schodząc ze swojego profesjonalnego tonu głosu wypowiedział zdanie.: „Podsumowując sytuację, to Pani większość doby jest podpięta do wora z tą białą papą… Jak ciężkie jest już samo to, a co dopiero cała reszta…” Nawet nie wiecie jakim pokrzepieniem są takie słowa w gabinecie lekarskim, kiedy w końcu czujesz się zrozumianą. Reszta szła już tylko w stronę praktyczną, a więc ustalenia co do możliwości podania mi leków w kroplówkach ambulatoryjnie, bo jak sam Doktor stwierdził: „Ja bym nawet położył Panią na oddziale żeby te leki pani puścić, ale tam to tylko coś pani złapie, a na to pozwolić nie możemy.” Naprawdę arcytrudno w polskich gabinetach lekarskich o człowieka z podobnym podejściem do sprawy. To nie nowość, że już sama wizyta u ginekologa dla wielu kobiet, podobnie jak u urologa dla facetów, może być stresująca. W końcu nikt normalny nie skacze z radości z powodu konieczności wystawiania do podglądu krocza obcemu człowiekowi, czy prowadzenia rozmów o swoich narządach płciowych, mimo że są one niemniej ważne niż każde inne w naszym ciele. Ale profesjonalizm, empatia i odpowiednie podejście lekarza w tym przypadku jest naprawdę kluczowe, tym bardziej by nie zrażać do wykonywania regularnych badań. W moim przypadku sytuacja jak zwykle była pokomplikowana przez pozostałe kwestie zdrowotne, a naprawdę byłam wielce miło zaskoczona, spotykając się z tak człowieczym podejściem.

Byłoby przemiło móc częściej pisać w swoich postach o podobnych doświadczeniach z lekarzami, tym bardziej mając świadomość, że pewnie jeszcze nieraz będę mieć styczność z przedstawicielami tej profesji. Jeżeli osobiście macie jakieś pozytywne doświadczenia w kontaktach z lekarzami czy resztą pracowników służby zdrowia, nie zapominajcie by o nich mówić. Nie pomijamy wypowiadania pozytywnych opinii o dobrych ludziach, których przyszło nam spotkać. Pozytywny głos jest równie ważny o ile nie ważniejszy niż konstruktywna krytyka, niech będzie on przykładem dla innych lekarzy, pielęgniarek i pozostałego personelu medycznego.

 

podpis_przezr

28 myśli w temacie “Nie oczekuję cudu. Wystarczy być człowiekiem.”

  1. Wygląda na to, że zdarzają się miejsca gdzie wszyscy pracownicy (albo zdecydowana większość) jest zwyczajnie „ludzka” choć patrząc przez pryzmat wiekszości to ta „ludzkość” jest z kosmosu. Ja mam doświadczenie z inną grupą zawodową. Jestem urzędnikiem. Od trzech lat próbuję pokazać petentom, że ich przekonania, że urzędnik to wróg, są błędne. Niestety tak głęboko zakorzenione stereotypy, powielanie przez kolegów z branży, doprowadziły do tego, że z ciężką depresją szukam nowej pracy. Szkoda, że nie ma takich urzędów gdzie pracuja tylko urzędnicy, którym na sercu leży dobro petenta i takich petentów, ktorzy wierzą, że osoby pracujace w urzędzie są po ich stronie. Pozdrawiam i życzę dużo zdrowia.

    Polubienie

    1. Marta, dziękuję Ci za komentarz. Stereotypy panują i szerzą się wobec większości profesji… Trzeba być wyjątkowo silnym i wytrwałym psychicznie aby walczyć z pewnymi przekonaniami w danym zawodzie i nie dać się wciągnąć w wir utartych schematów. Przykro czytać, że próbowałaś, ale sama masz dość przez to jak rzeczywistość wygląda…Tak niestety jest, że to ludzie sami trochę robią syf wokół własnych zawodów, a potem jeśli znajduje się ktoś, kto chce to pokonać własnym przykładem, to często jest mu cholernie ciężko… Nie pozostaje mi zatem nic jak życzyć Ci aby w kolejnej pracy było łatwiej… Pozdrawiam!

      Polubienie

  2. Super, że trafiłaś na sensownego lekarza POZ (?) – a to można przyrównać do trafienia szóstki w totka. Zresztą dobrze o tym wiesz ;]
    W chorobach przewlekłych, a tym bardziej problemach nie do końca zdiagnozowanych i wybitnie nieszablonowych, ważne jest znalezienie/”posiadanie” lekarza, który nie wyśle Cię na drzewo po zapoznaniu się z historią choroby, albo który przy każdym jednym drobnym problemie nie będzie Cię odsyłał do prowadzącego specjalisty (btw, specjalisty którego można porównać do Diamentowego Szefa, ale umówmy się – do kardiologa nie pójdziesz z pytaniem, co zrobić np. przy grypie, żeby się nie wpakować w powikłania…) Takiego, który będzie wsparciem w walce, nie zbagatelizuje sytuacji i przy którym będziesz się czuła swobodnie, w sensie nie jak intruz, który ma siedzieć cicho, bo jest debilem i problematycznym pacjentem (bo ośmielił się zadać pytanie).
    Będąc na początku zmagań zdrowotnych, po jednym szpitalu i dwóch wizytach u przypadkowych lekarzy, wydawało mi się, że moje problemy może zdiagnozować tylko jakiś profesor, szycha medyczna. Naiwniak był ze mnie niezły. Po liczncyh kontaktach z lekarzami o różnych stopniach naukowych, mogę powiedzieć jedno – najlepiej trzymać się jak najdalej od „ekspertów, uznanych w danej dziedzinie”. Wśród nich nie trafiłam na ani jednego, który potraktowałby mnie po ludzku, któremu chciałoby się pomyśleć poza szablonowo a nie olać sprawę..

    Polubienie

    1. Dzięki za komentarz. To, prawda, bardzo ważne jest mieć chociaż minimum wsparcia przy chorobie, która jest z człowiekiem już na dobre… Niestety wiem, że wielu przewlekle chorych takiej opieki nie ma… Sama jej nie miałam przez długi czas… Wydaje mi się, że bardzo dużo zależy od tego czy lekarz zwyczajnie ma głowę na karku, czy potrafi i chce zrozumieć daną jednostkę, czy próbuje szukać rozwiązań. Nie jest to do końca ważne jaki ma tytuł, gdzie przyjmuje, czy jaką specjalnością się zajmuje. Tak jak sama napisałaś często eksperci z danej dziedziny mają do zaoferowania najmniej w przypadku z ich działki. Wszystko naprawdę zależy od tego na ile otwarty i sprawny umysł ma lekarz oraz na ile jest w nim pierwiastka ludzkiego, który powoduje, że decyduje się i che pomóc choremu człowiekowi, nie dając mu płonnych nadziei i złudzeń, tylko realne szanse, za którymi idą konkretne rozwiązania. Nawet jeśli przypadek jest beznadziejny, to zawsze jest przynajmniej jakieś minimum pozwalające w czymś ulżyć pacjentowi, tylko niestety nie każdy lekarz kwapi się aby po to minimum sięgać. Dlatego warto mówić o tych, którzy potrafią i chcą 🙂

      Polubienie

      1. Oj, warto mówić, naprawdę warto :]
        Twój post (a raczej wspomnienia które przywołał), poruszyły mnie na tyle, że przez natłok różnych emocji napisałam dwa bardzo podobne komentarze – widzę to teraz, gdy wszystkie emocje opadły. Możesz skasować ten drugi, niewiele wnoszący 😉

        Kolejny wątek – w zasadzie masz rację, że specjalność nie jest ważna. Dobry lekarz nie zajmie się tylko „swoją działką”. Miałam taką sytuację, że z silnym bólem zgłosiłam się do przychodni, w której przyjmuje prowadzący kardio. Po badaniu przez chirurga, recepcjonistka wezwała karetkę. Dyspozytorka oczywiście stwierdziła że do tak błahych rzeczy nie wysyłają pogotowia, że mam sobie wziąć taksówkę. Ale nie o tym chciałam pisać. Karetka przyjechała, ratownik pojawił się w gabinecie, okazało się że oni są z transportu i potrzebują skierowania. Recepcjonistka poszła do chirurga, który mnie badał. Za parę minut słyszę z kozetki, że otwierają się drzwi. Myślę sobie, recepcjonistka załatwiła, możemy jechać. A gdzie tam – w międzyczasie przyjechał do pracy prowadzący. Żadnego dzień dobry, witam, nic. Od razu pyta się ze uśmiechem „Pani A**, co tym razem Pani narobiła?” Przejął inicjatywę, wypisał skierowanie, przedstawił ratownikowi skomplikowaną sytuację, na skierowaniu dopisał swój nr telefonu żeby dyżurny z SORu do niego zadzwonił. Później, jak byłam na SORze, dzwonił do mnie z pytaniami, co i jak. Kilka dni później przyznał, że jak zauważył karetkę pod przychodnią, to wiedział po kogo przyjechali.
        Z drugiej strony – naprawdę mam opory, żeby z każdą sprawą do niego się zgłaszać..

        Polubienie

      2. Anni, nie zamierzam nic kasować. Każda myśl jest tutaj mile widziana 🙂 Dziękuję za chęć zastanowienia się nad moim tekstem i wyrażenie swoich przemyśleń 🙂 I zgodzę się ponownie, że dobry specjalista będzie chciał wiedzieć o pacjencie o wiele więcej niż to co mieści w zakresie jego specjalności. Ja również znam tą sytuację, kiedy zwyczajnie masz opory, żeby z każdą sprawą iść do kogoś takiego. Po prostu czując jak wartościowy i jednocześnie zajęty jest to człowiek nie czuję się uprawniona do tego by zawracać mu głowę każdym swoim zdrowotnym problemem, a mając ich niemało jest to zwyczajnie dość trudne, tym bardziej że ma się świadomość, że jest to jedna z niewielu osób, która rozumie problem.

        Polubienie

      3. Nie wiem, czemu nie mogę odpowiedzieć pod Twoim ostatnim komentarzem. Ale nic.

        W zasadzie to my, czytelnicy powinniśmy dziękować Tobie, że opisujesz swoje zmagania jak i przemyślenia..

        Życzenia zdrowia pozwolę sobie pominąć, zbyt oklepane 😉 Chociaż oczywiście mocno Ci kibicuję i liczę po cichu/życzę Ci, żebyś jak najmniej miała do czynienia ze służbą zdrowia, obojętnie czy tą pozytywną częścią, czy skurwy***ską.

        Jeszcze jedno – nie wiem, czy słyszałaś (podejrzewam, że „obiło Ci się o uszy”), ale podobno klinika Mayo (Minessota, USA) zajmuje się skomplikowanymi i nieszablonowymi przypadkami. Może tam warto spróbować?

        Polubienie

  3. Aniu, a ja z dosyć nietypowym pytaniem- napisalaś w poście że wyleczyli Ci przewlekłą infekcję pęcherza moczowego, ja od 5 lat męczę się z tym samym i też odbijam się od nfzu,do lekarzy prywatnie, od sciany do sciany. oprócz ogolnych badan moczu +cystoskopii+ posiewu moczu nie mają pomysłow na leczenie oprócz masy antybiotyków ktore nic nie dają. Aktualnie połtora miesiąca siedzę w domu i cierpię, straciłam pracę i od cewki do nerki jest tragedia. Bylam nawet w szpitalu na oddziale gin ale stwierdzili ze problem jest ( 500 leukocytow+,krwiomocz, zle wyniki moczu, samopoczucia, ból) jednak nie wiedzą co mi jest,szpital nie ma mozliwosci zdiagnozowania tego i mam się zbadać ambulatoryjnie robiąc prywatnie badania a nawet nie powiedzieli jakie badania mam wykonac. Usłyszalam ze przydalaby mi się diagnostyka w szpitalu przy uniwersytecie klinicznym+mri miednicy małej jednak kazdy lekarz kieruje mnie do kogos innego urolog do gina, gin do urologa,i tak w kółko, albo leczą mnie po 1-2 msc na atypie i elo, cierp w domu. Moglabys zdradzic jakich leków uzyli żeby ‚postawić Cię na nogi’? dziękuję z góry!

    Polubienie

    1. Aniu, bardzo mi przykro, że dopadło Cię to pęcherzowe cholerstwo. Nie chce byś zrozumiała mnie źle, lub odebrała to jako fakt, że nie chce Ci pomóc. Niestety nie mogę radzić co do leczenia, ponieważ nawet jeśli choroba jest podobnej natury, to każdy przypadek jest zupełnie inny i wymaga indywidualnego rozpatrzenia przez lekarza. Jeden ma taką bakterię, drugi inną, nie bez znaczenia, są też tu inne okoliczności, jak chociażby forma podaży płynów i sposobu żywienia, ja odżywiam się zupełnie niestandardowo, więc u mnie taktyka leczenia była też z góry zupełnie inna. Nawet jeśli Ci tu wyłożę jakie leki miałam podane, czy to były antybiotyki, diuretyki, płyny, czy inne leki pomocnicze oraz w jakich dawkach, to obawiam się, że niestety i tak nijak to będziesz mogła odnieść do własnego przypadku… Takie kwestie niestety tylko i wyłącznie musi rozważać odpowiedni lekarz. U mnie w leczenie było zaangażowanych tak naprawdę trzech różnych lekarzy, w tym mikrobiolog, który różnicował moją bakterię oraz wrażliwość na antybiotyk, tutaj naprawdę nie ma standardów i schematów, każdy przypadek jest inny. Mam jednak nadzieję, że i Ty wreszcie znajdziesz kogoś kto pomoże Ci wyjść z tej okropnej przypadłości.
      Ślę mnóstwo mocy!

      Polubienie

  4. Pozwolę sobie jeszcze skomentować jedną rzecz. A raczej dwie.
    Myślę, że podejście Diamentowego Szefa, jak i Złocistej Hanny, wynika z obydwu tych rzeczy, o których wspomniałaś. Lekarz, nawet jak będzie geniuszem medycznym, chodzącą encyklopedią, nic nie zdziała jeżeli nie będzie miał „pierwiastka empatii”. Co innego wiedzieć, co innego rozumieć. A co do Diamentowego i jego problemów zdrowotnych – na pewno mają one swój udział. Dobrze wiesz (zresztą kiedyś o tym pisałaś), że dla zdrowej osoby to, przez co przechodzisz, jest kompletnym matrixem. Zresztą generalnie zdrowym ludziom trudno pojąć z czym się wiąże poważna choroba przewlekła (nie lubię słowa „poważna”, ale nic innego w tej chwili mi nie przychodzi do głowy). Też o tym pisałaś 😉
    Komentarz nr dwa – Twój post sprawił, że przypomniało mi się mnóstwo sytuacji z różnych gabinetów lekarskich. I stwierdzę jeszcze jeden fakt, który mnie uderzył. Ci, nazwijmy sensowni, lekarze to osoby inteligentne, o niesamowitej intuicji i bystrości. Żadne wykształciuchy, nieraz z tytułem profesora, operujące na samych schematach. Typu – co z tego, że na teście wysiłkowym wychodzi ewidentne niedokrwienie serca; Pani jest na to za młoda, a na dodatek nie ma typowego bólu w klatce (to, że mi duszno, słabo i wymiotuję, to nie ma znaczenia…). Sensowni lekarze „czują” medycynę, widać ich zaangażowanie i zrozumienie danego zagadnienia, co nieraz pozwala na nieszablonowe podejście do pacjenta i skuteczność wdrożonego postępowania. Jak nie wiedzą – będą szukać, a nie zastosują podejścia „nie wiem o co chodzi, to na pewno będzie robota dla psychologa”. Kiedyś mruknęłam w gabinecie prowadzącego, w odpowiedzi na jego stwierdzenie że z SORu nie powinni mnie wypuścić, tylko zostawić na oddziale wewn., że „tak, ale na psychiatrii”. Jak się wkurzył i mnie opierd&&&lił…

    Polubienie

    1. Zgadzam się, pierwiastek empatii ma tu ogromne znaczenie. Tak samo to, że trzeba być bystrym i myśleć, łączyć fakty, aby komuś skutecznie pomóc. Dzięki, że zostawiłaś tu swoje spostrzeżenia. 🙂

      Polubienie

  5. Lekarze – „Statyści bez serca…” Ech ta autokorekta 🙂 Empatia ważna rzecz, i nic nie zwalnia nas z bycia człowiekiem, ale z drugiej strony żeby nie odreagowywać pracy na rodzinie lekarze czasem stają się maszynkami… Nie chcę usprawiedliwiać „bezduszności” niektórych z nich, ale nie każdy jest w stanie dźwigać krzyże swoich pacjentów, różne są motywacje bycia tym lub innym specjalistą. Temat złożony jak każdy człowiek.
    Gratuluję wpisu i pamiętam w modlitwie.
    Niech Dobre Anioły (również te w Służbie Zdrowia) czuwają nad Tobą.

    Polubienie

    1. Van, myślę, że zachowanie równowagi między pracą a własnym życiem prywatnym jest ogromną sztuką i tylko nieliczni są w stanie ją opanować. Jak sam to trafnie ująłeś „bycie maszynką”, to moim zdaniem kiepskie wyjście, bo nie da się do końca podzielić miedzy pracę a prywatę. Nigdy nie ma tak, że jesteśmy tylko dobrym lekarzem, czy tylko dobrym, ojcem, matką żoną czy kimkolwiek innym w życiu. Jesteśmy zawsze i wszędzie jednak tą samą osobą i te kwestie się przenikają, czy tego chcemy czy nie. Uważam, że jeśli lekarz potrafi być nieludzki wobec swoich pacjentów, czy przełożonych, to nawet jeśli na początku jest cudownym tatusiem czy mężusiem, to jest niestety duża szansa, że kiedyś w końcu jedną z taktyk radzenia sobie z problemami w pracy zastosuje na problemy pojawiające się w domu… Przykre to ale bardzo prawdziwe… Dlatego nie bez powodu napisałam, że jesteśmy przede wszystkim ludźmi i od tego jakimi ludźmi jesteśmy zależy to jacy będziemy we wszelkich pełnionych przez nach rolach.
      Dziękuję Ci bardzo za Twoją opinię i słowa wsparcia.
      Pozdrawiam.

      Polubienie

  6. Wszystkie to co chciałbym napisać wydaje mi się sztampowe i puste bo pewnie słyszałaś to setki razy. Mimo to, choć wiele się mogę zrobić, obserwuje, czytam i się wzruszam. Mam nadzieję że kiedyś twoja gehenna dobiegnie końca i odzyskasz zdrowie 🙂

    Polubienie

    1. Myślałam, co tu napisać pokrzepiającego… I pod Twoim komentarzem podpisuję się rękami i nogami! W punkt ująłeś też moje emocje. Czytam i się wzruszam.

      Aniu – piękny, pozytywny wpis, oby takich więcej 🙂
      Wytrwałości, cierpliwości i siły w powrocie do zdrowia!

      Polubienie

  7. „Siema mordeczko co napierdala ?”… buahahaha, lubie twoje poczucie humoru XD, wszystkiego najlepszego z okazji dnia kobiet Ania ty wiesz czego ci zycze nie bede nudzil.

    Polubienie

      1. Bardzo mi przykro 😦 Wprawdzie wspominałaś, że problemy ze słuchem pozostały, ale w innym fragmencie mówiłaś o tym, że po najgorszych przeżyciach chciałaś leżeć w ciszy (a dla mnie to cholerstwo to zaprzeczenie ciszy), miałam więc trochę nadziei, że chociaż to minęło.

        Wiem, że prawdopodobnie jest to jeden z Twoich mniejszych problemów, chciałam jednak powiedzieć Ci, że są szanse wyleczenia kiedyś i tego:
        1. Podawanie komórek macierzystych może pomóc na to przy okazji – na forum Tinnitus Talk jest cały dział, w którym co bardziej zdesperowani próbują;
        2. W tym roku w Irlandii wychodzi taka technologia: https://www.tinnitustalk.com/threads/mutebutton.124/ Mamy pewność, że nie jest to oszustwo (wielu naukowców którzy nie splamiliby swoich nazwisk scamem bo są poważani w tym środowisku; otwarte przyznawanie, że to nie działa na wszystkich). Niektórzy ludzie uzyskali całkowitą remisję objawów.

        Jeżeli Twój pisk jest somatyczny, tzn możesz modulować go np zaciskając mięśnie, przekręcając głowę… no, jakkolwiek, nadchodzą też dwa inne obiecujące projekty:

        3.https://www.tinnitustalk.com/threads/new-university-of-michigan-tinnitus-discovery-%E2%80%94-signal-timing.2805/ -> ten powinien wyjść w USA do 2021, może nawet w 2020. Kiedy w Europie, nie wiem.
        4. https://www.tinnitustalk.com/threads/university-of-minnesota-tinnitus-research-with-acoustic-and-body-stimulation.28022/ -> a ten kończy badania dopiero w 2023, prze 2025 bym się go na rynku nie spodziewała. Spektakularnie pomógł jednemu ze starych użytkowników linkowanego forum (z 80 decybeli do około 20-30).

        [„to”… „tego”… Właściwie wstyd mi jak cholera, że chociaż mam szum a nie pisk i jest to moja jedyna, nie licząc OCD dolegliwość, bardzo na mnie wpłynęło, podczas gdy dla kogoś innego tinnitus jest tylko kwestią uboczną…]

        Tak czy inaczej, sprawa nie jest całkiem beznadziejna : )

        Trzymaj się. Będę śledziła bloga.

        Polubienie

  8. Aniu, mam do Ciebie pytanie, jako że jesteś „blisko związana” ze służbą zdrowia. Orientujesz się może (z własnych doświadczeń, lub doświadczeń znajomych pacjentów) jak wygląda sprawa z podawaniem kroplówek (akurat chodzi o dożylny potas) w warunkach ambulatoryjnych? Lekarze, czy POZ, czy mój prowadzący, zawsze przy niskim potasie odsyłają mnie na SOR. Na SORze mnie wyśmiewają, każą uzupełniać doustnie (tłumaczenia, że to nie działa na dłuższą metę, mają w d*** – w 99% działa..). Albo jak tak bardzo chcę dożylnie, to mam wracać do przychodni. A w przychodni -> skierowanie na SOR. I teraz nie wiem, kto olewa sprawę :/

    Polubienie

    1. Anni, z mojego doświadczenia wiem, że bardzo ciężko o kroplówkę w warunkach ambulatoryjnych. Musiałabyś mieć zlecenie od lekarza na stałe podawanie w przychodni, ale wiem, że raczej tego się nie praktykuje. Jednakowoż każda przychodnia i lekarz mogą mieć inne praktyki więc można pytać i orientować się u źródła, a lekarza POZ też można teraz zmienić i zapytać u innych, ale generalnie to chyba taki standard, ze odsyła się na SOR lub daje skierowanie do szpitala.
      Pozdrawiam.

      Polubienie

      1. Dzięki za odpowiedź 😉 w międzyczasie rzeczywiście „wypróbowałam” nowego lekarza POZ w kolejnej przychodni – nie jestem z tych co łatwo się poddają, mimo, że coraz częściej muszę się mocniej kopnąć w 4 litery, żeby utrzymać się w pionie i się nie poddać. Rezultat wizyty był taki, jak się spodziewałam – powrót do prowadzącego kardio… Po raz kolejny zostałam potraktowana jak „kukułcze jajo”. Dobrze, że nie dostałam znowu porady „proszę się zgłosić do psychiatry”, wypowiedzianej z bardzo zatroskaną miną, wyrażającą „przejęcie moją sytuacją”, takie że mam ochotę tą osobę po drugiej stronie biurka, za przeproszeniem, walnąć na tyle mocno, żeby „troska” zeszła z twarzy, a w głowie pojawiło się trochę rozumu.

        Ale nie o tym chciałam. Udało mi się jednak „przycisnąć” POZ, potwierdził to co mówili poprzedni – że owszem, w ramach ambulatoryjnych świadczeń podają kroplówki, ale „zwykłe” płyny wieloelektrolitowe, w których jest ok. 5 jednostek K. Nikt się nie podejmie podania potasu w większej ilości w przychodni – większej, tzn. takiej która u mnie coś pomoże (mój rekord wynosi 140 jednostek w trakcie jednego pobytu na SORze, standardowo to ok. 40-60 jednostek). Za duże ryzyko. Zresztą prowadzący na „swoim” oddziale również nie ma jak tego zrobić – ewentualnie jako przyjęcie jednodniowe…

        Również pozdrawiam

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s